Joachim Lamża stał się bardzo popularny w czasach PRL-u i to zupełnie przypadkowo. Jednak mało kto wie, jaką drogę do sławy pokonał

Joachim Lamża urodził się 7 lipca 1951 roku w Kaliszu, w rodzinie, w której teatr i sztuka były codziennością.

Jego rodzice – aktor Joachim Lamża senior i aktorka Barbara Marszel – przekazali mu miłość do sceny, ale też nieświadomie obarczyli go ciężarem wielkich oczekiwań.

Dorastając za kulisami, wśród rekwizytów i teatralnych rozmów, mały Joachim chłonął atmosferę świata, który później stał się jego życiem.

Już jako dziecko wiedział, że chce stać na scenie, choć zrozumiał też, że sama pasja nie wystarczy – trzeba będzie udowodnić, że nie jest tylko „synem znanych rodziców”.

W młodości zdecydował, że pójdzie własną drogą, i rozpoczął studia w warszawskiej Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza, którą ukończył w 1974 roku.

Screen YouTube

W tym samym roku zadebiutował w telewizji, grając w adaptacji „Romea i Julii” w reżyserii Jerzego Gruzy. To był początek, niepozorny, ale znaczący.

Lamża był młody, ambitny, i choć nie miał jeszcze rozgłosu, odznaczał się ogromną pracowitością.

Pierwsze lata kariery spędził w teatrze – najpierw w Teatrze Polskim w Warszawie, potem w Teatrze Rozmaitości, a następnie w Teatrze Dramatycznym.

Screen YouTube

To tam uczył się pokory wobec sceny i szacunku do widza. Lata siedemdziesiąte i osiemdziesiąte nie były łatwym czasem dla artystów.

System PRL-u nie sprzyjał wolnej twórczości, a aktorzy często musieli wybierać między lojalnością wobec siebie a wymogami władzy.

Lamża, choć młody, potrafił odnaleźć się w tym świecie. Grał różne role, od klasycznych po współczesne, a każda z nich stawała się dla niego lekcją.

Screen YouTube

Przełom przyszedł niespodziewanie – i, jak sam wspominał, zupełnie przypadkiem. W 1987 roku zagrał w kultowym filmie
Juliusza Machulskiego „Kingsajz”.

Rola krasnoluda Zyla (znanego też jako Kilkujadek) sprawiła, że z dnia na dzień stał się rozpoznawalny.

Ludzie zaczęli zatrzymywać go na ulicy, rozpoznawali jego twarz, cytowali kwestie z filmu. Sam aktor podchodził do tego z dystansem.

Screen YouTube

Wiedział, że popularność bywa ulotna, a dla niego najważniejsza była scena. Film przyniósł mu jednak coś więcej niż sławę – otworzył drzwi do kolejnych ról, pozwolił pokazać swoje możliwości w pełnym wymiarze.

Joachim Lamża nigdy nie był typem celebryty. Nie interesowały go skandale, błysk fleszy ani życie w blasku kamer. Był człowiekiem teatru.

Po latach pracy w różnych scenach znalazł swoje miejsce w Teatrze Nowym w Warszawie, gdzie zyskał opinię aktora solidnego, zdyscyplinowanego, a przy tym niezwykle wrażliwego.

Jego koledzy z branży wspominają, że był człowiekiem spokojnym, skupionym, ale z ogromnym poczuciem humoru.

Potrafił jednym zdaniem rozładować napiętą atmosferę na próbie, a jednocześnie miał w sobie coś z filozofa – lubił rozmawiać o sensie sztuki, o roli aktora, o tym, czym naprawdę jest bycie artystą.

Za kulisami jego życie nie zawsze było łatwe. Bywały momenty, kiedy praca nie przynosiła oczekiwanych rezultatów, a on sam zastanawiał się, czy podjął dobrą decyzję, wybierając zawód aktora.

Screen YouTube

W czasach PRL-u pensje w teatrze były skromne, a życie artystyczne – pełne kompromisów. Mimo to Lamża nigdy nie zrezygnował. Mówił, że aktorstwo to nie zawód, lecz sposób oddychania.

Zresztą w prywatnym życiu też był wierny prostym wartościom: rodzinie, przyjaźni, uczciwości. Nie lubił mówić o sobie, unikał mediów, strzegł prywatności.

Wiedzieli o nim tylko nieliczni – że lubił motocykle, że często wyjeżdżał za miasto, żeby odpocząć od zgiełku Warszawy, i że miał słabość do klasycznej muzyki i kawy.

Jego kariera filmowa rozwijała się stopniowo. Po sukcesie „Kingsajzu” przyszły kolejne produkcje – „Fala zbrodni”, „Pitbull”, „Prawo Agaty”.

Widzowie zapamiętali go jako aktora charakterystycznego, o głębokim głosie i wyrazistych oczach, który potrafił jednym spojrzeniem powiedzieć więcej niż długim monologiem. Choć nigdy nie grał głównych ról w wielkich hitach, to zawsze wnosił do każdej produkcji coś autentycznego – szczerość.

Dziś Joachim Lamża ma ponad siedemdziesiąt lat i patrzy na swoją drogę z dystansem, ale i wdzięcznością.

Często mówi, że w jego życiu nic nie było dane z góry – że wszystko, co osiągnął, zawdzięcza ciężkiej pracy i cierpliwości.

Nie żałuje żadnej roli ani decyzji, bo każda z nich prowadziła go tu, gdzie jest teraz. Dla młodszych aktorów stał się przykładem, że można być wiernym sobie i przetrwać w zawodzie, w którym zmieniają się mody i nazwiska.

Historia Joachima Lamży to opowieść o człowieku, który nie poddał się przeciwnościom. O artyście, który zaczynał w cieniu sławnych rodziców, przeszedł przez trudne lata systemu, a mimo to nie stracił wiary w sens sztuki.

To także opowieść o pokorze i pasji – o kimś, kto wiedział, że aktorstwo to nie tylko sława, ale też codzienny trud, próby, powtarzanie sceny po raz setny, by wreszcie poczuć, że jest dobrze.

Joachim Lamża pokazuje, że nawet jeśli sukces przychodzi przypadkiem, to nigdy nie jest on naprawdę przypadkowy. Bo zawsze stoi za nim serce, odwaga i lata ciężkiej pracy.

Andrzej Nejman obchodził niedawno 51. urodziny. Rodzina zawsze była dla aktora największym wsparciem, a jego córka również ma talent aktorski

Hanka Bielicka i Irena Kwiatkowska tworzyły na scenie wspaniały duet. Co naprawdę działo się za kulisami ich współpracy

Minęło już ponad dwie dekady od czasu, gdy polska scena straciła prawdziwy talent, Marka Perepeczko. W dniu jego pamięci ksiądz wypowiedział bardzo ciepłe słowa o aktorze