Był moment, gdy wydawało się, że ma wszystko. Miliony sprzedanych płyt, koncerty wypełnione po brzegi, występ na Eurowizji i popularność, o której marzy większość artystów.
Justyna Majkowska była twarzą największych sukcesów zespołu Ich Troje i jedną z najbardziej rozpoznawalnych wokalistek początku XXI wieku.
Tym większym zaskoczeniem była jej decyzja o odejściu z zespołu właśnie wtedy, gdy kariera nabierała zawrotnego tempa.
Przez długi czas nie chciała mówić o powodach. Dopiero po latach przyznała, że sukces miał swoją cenę.
Justyna Majkowska urodziła się 17 lipca 1977 roku w Zduńskiej Woli. Muzyka od zawsze była obecna w jej życiu, ale niewiele wskazywało na to, że stanie się jedną z największych gwiazd polskiej sceny.

Zanim dołączyła do Ich Troje, śpiewała w zespole Erato i rozwijała swój talent z dala od medialnego świata.
Przełom nastąpił w 2001 roku, kiedy zastąpiła Magdę Femme jako wokalistka grupy Michała Wiśniewskiego i Jacka Łągwy.
To właśnie z Justyną zespół osiągnął największe sukcesy komercyjne. Albumy sprzedawały się w setkach tysięcy egzemplarzy, a przeboje takie jak „Powiedz”, „Keine Grenzen – Żadnych granic” czy „A wszystko to…” nie schodziły z list przebojów.

W 2003 roku Ich Troje reprezentowało Polskę podczas Konkursu Piosenki Eurowizji, zajmując siódme miejsce – jeden z najlepszych wyników naszego kraju w tamtym czasie.
Wydawało się, że przed wokalistką otwierają się wszystkie drzwi.
Za scenicznym uśmiechem kryło się jednak zmęczenie, którego publiczność nie dostrzegała.
Po latach Justyna przyznała, że życie w nieustannym biegu, presja i ciągły stres zaczęły ją przerastać.
„Mnie długo trzeba było namawiać, żebym spotkała się z panem Wiśniewskim. Pojechałam w końcu, ociągając się. Założyłam najgorsze ciuszki, zawiązałam na głowie chustkę, żeby wyglądać jak Marysia ze wsi i zaśpiewałam bardzo przeciętnie. Wyszło tak, że już mnie nie puścili” – opowiadała.
Wspominała, że często wychodziła na scenę z uśmiechem, choć w środku była wyczerpana.
Nie brakowało pięknych chwil i dobrej zabawy, ale z czasem coraz mocniej czuła, że nie chce już funkcjonować w takim rytmie.
„Płakałam tydzień po tym, jak się zgodziłam, a potem stwierdziłam: trzeba brać byka za rogi, trudno. Ogarnęłam się wtedy, kiedy okazało się, że przyjechało dwóch panów ochroniarzy do mojego akademika, w którym mieszkałam, wzięli kartony, spakowali wszystkie rzeczy: jedziemy. Dosłownie tak było” – wspominała.

Jak sama mówiła, była po prostu zmęczona życiem gwiazdy i właśnie to stało się głównym powodem odejścia z zespołu.
„To nie jest tak, że się wskakuje w czyjeś buty. Ja miałam swoje buty i to jest tak, że wnosi się wtedy nową jakość, zupełnie nowy styl” – tłumaczyła.
Wielu ludzi powtarzało jej wtedy, że popełnia największy błąd w życiu, rezygnując z kariery w chwili największego sukcesu. Ona jednak wybrała spokój zamiast sławy.
„Byłam po prostu tym wszystkim zmęczona. To był główny powód. Wszyscy powtarzali mi, że trzeba być idiotką, żeby odchodzić z zespołu w momencie, gdy jest na szczycie i gdy można już spijać śmietankę z popularności” – przyznała.
Przez lata pojawiały się również inne spekulacje dotyczące kulis rozstania z zespołem.
Michał Wiśniewski i Jacek Łągwa wspominali, że wpływ na decyzję Justyny mogły mieć także wydarzenia związane z jej ówczesnym partnerem, który współpracował z zespołem.

Sama wokalistka po latach podkreślała jednak, że najważniejszym powodem było przemęczenie i potrzeba odzyskania normalnego życia.
„Te dwa lata spędzone w zespole były naprawdę super. Wspominam je z dużym sentymentem. Brakowało mi tylko czasu na życie prywatne. Jestem z natury domatorką, bardzo rodzinną osobą, a przez ten czas prowadziłam życie na walizkach” – mówiła.
Po odejściu z Ich Troje nie próbowała za wszelką cenę wracać na szczyt. Nagrała własne albumy, ale z czasem całkowicie zmieniła swoje priorytety.
Założyła rodzinę, została mamą i wybrała pracę z dziećmi jako terapeutka. Wielokrotnie podkreślała, że właśnie w tej roli odnalazła prawdziwe spełnienie.
Dziś rzadko pojawia się w mediach i nie tęskni za dawnym stylem życia.
„Justyna pokłóciła się z Michałem podczas trasy w Stanach Zjednoczonych. Poszło o jej chłopaka, który tańczył w naszym balecie i któremu podziękowaliśmy za współpracę. Nie pamiętam dokładnie, o co chodziło, ale Justyna uniosła się honorem i postanowiła odejść solidarnie ze swoim facetem” – opowiadał Łągwa.
Przyznaje, że obowiązki zawodowe oraz wychowanie dzieci wypełniają jej każdy dzień i nie pozostawiają miejsca na wielki powrót do show-biznesu.
Choć od tamtych wydarzeń minęło już wiele lat, Justyna Majkowska nadal pozostaje dla fanów symbolem złotej ery Ich Troje.
„Błażej ujął mnie, bo jest zabawnym, uroczym facetem. A przy tym szczerym, dobrym, ciepłym facetem. Ma hopla na punkcie tańca” – wyznała.
Jej głos do dziś przywołuje wspomnienia czasów, gdy zespół bił rekordy popularności, a koncerty gromadziły tysiące ludzi.

Sama artystka patrzy jednak na tamten okres z dużym spokojem. Nie żałuje podjętej decyzji i nie chciałaby cofnąć czasu.
Historia Justyny Majkowskiej przypomina, że sukces nie zawsze oznacza szczęście.
Czasami największą odwagą nie jest wejście na scenę przed tysiącami ludzi, lecz umiejętność zejścia z niej w odpowiednim momencie.
„Justyna odeszła na własną prośbę, wszelkiego rodzaju próby zatrzymania jej skończyłyby się tym, że byśmy do dziś nie rozmawiali” – dodał Wiśniewski.
Zamiast żyć oczekiwaniami innych, wybrała własną drogę. I choć zrezygnowała z życia w blasku reflektorów, zyskała coś, czego nie da się zmierzyć liczbą sprzedanych płyt – spokój, rodzinę i poczucie, że żyje w zgodzie ze sobą.