Jan Nowicki przez całe życie wymykał się prostym definicjom. Aktor wybitny, mężczyzna pełen sprzeczności, artysta, który nigdy nie udawał kogoś, kim nie był.
O jego talentach mówiono wiele, o burzliwym życiu uczuciowym — jeszcze więcej.
A jednak wśród kobiet, które pojawiły się na jego drodze, była jedna, o której mówił inaczej. Ciszej. Z większym namysłem. Barbara Sobotta.
Nie była celebrytką. Nie zabiegała o światło reflektorów. Nie próbowała istnieć „obok” Jana Nowickiego.
Była kobietą, która pojawiła się w jego życiu niespodziewanie — i tak samo niespodziewanie z niego zniknęła.

Barbara Sobotta była młodsza od Jana Nowickiego, wrażliwa, inteligentna, zanurzona w świecie sztuki, choć stojąca raczej po jego cichej stronie.
Ich znajomość rozpoczęła się bez wielkich deklaracji. Bez planów. Bez obietnic. „To była miłość, która przyszła jak podmuch wiatru” — wspominał po latach aktor.

Jan Nowicki był już wtedy człowiekiem doświadczonym przez życie. Po rozwodach, rozczarowaniach, fascynacjach, które gasły szybciej, niż się pojawiały.
Nie szukał stabilizacji za wszelką cenę. Szukał porozumienia. I właśnie to, jak podkreślał, znalazł u Barbary.
„Ona nie chciała mnie zmieniać. Nie próbowała mnie ulepszać ani naprawiać. Po prostu była” — mówił w jednym z wywiadów.

W jej obecności stawał się spokojniejszy. Bardziej uważny. Jakby na chwilę przestawał walczyć ze światem.
Ich relacja była intensywna, ale pozbawiona hałasu. Nie afiszowali się z uczuciem, nie budowali wspólnego wizerunku.
Spotkania, rozmowy do późnej nocy, wspólne milczenie — to wystarczało. Barbara rozumiała jego samotność, a Jan szanował jej potrzebę niezależności.

Jednak Jan Nowicki nigdy nie był człowiekiem łatwym do zatrzymania.
„Jestem z tych, którzy boją się, gdy robi się zbyt bezpiecznie” — przyznawał z rozbrajającą szczerością.
Ta cecha, która czyniła go wielkim aktorem, w życiu prywatnym bywała przekleństwem.
Historia ich miłości zakończyła się niemal tak samo cicho, jak się zaczęła. Bez dramatycznych scen. Bez publicznych wyznań.

Po prostu — rozeszli się. Jakby każde z nich zrozumiało, że to, co najważniejsze, już się wydarzyło i nie da się tego powtórzyć.
„Nie każda miłość musi trwać, żeby była prawdziwa” — powiedział kiedyś Nowicki. W jego głosie nie było żalu. Raczej wdzięczność.
Barbara Sobotta nie próbowała wykorzystać tej relacji do budowania własnej rozpoznawalności.
Po rozstaniu zniknęła z jego życia, pozostawiając po sobie wspomnienie, które Jan Nowicki pielęgnował bardzo osobiście. Nie wracał do niej często w rozmowach, ale gdy już to robił — zawsze z czułością.
Dla niego była dowodem na to, że nawet człowiek tak niepokorny jak on potrafi kochać bez potrzeby dominowania. „Ona nauczyła mnie, że miłość nie musi być walką” — wyznał po latach.
Życie Jana Nowickiego to pasmo ról, sukcesów i artystycznych uniesień. Ale gdzieś pomiędzy premierami i wywiadami była Barbara Sobotta — kobieta, która nie chciała być częścią legendy, lecz chwilą prawdziwego życia.
Ich historia nie zakończyła się tragedią. Zakończyła się spokojem. I być może właśnie dlatego pozostała tak wyraźna w pamięci aktora. Jak krótki, piękny fragment książki, do którego wraca się myślami, choć zna się już dalszy ciąg.
Bo nie każda miłość ma być na zawsze. Niektóre są po to, by nauczyć nas, kim jesteśmy — i pozwolić odejść.
Dorotę Sumińską łączy z córką wyjątkowa więź. Mało kto wie, kim jest jej córka