Nie wszyscy go lubią. Nie wszyscy chcą o nim słuchać. A jednak trudno znaleźć w polskiej muzyce rozrywkowej postać, która wywarła większy wpływ na masową wyobraźnię lat 90.
Sławomir Świerzyński — lider zespołu Bayer Full, jeden z ojców disco polo — to człowiek, który z prostych melodii i wiejskich zabaw stworzył zjawisko na skalę całego kraju.
I zapłacił za to cenę, o której rzadko się mówi. Jego droga do muzyki nie była bajką o wielkim mieście i błyskawicznej karierze.
Zaczynał skromnie, z dala od wielkich scen, w czasach, gdy nikt nie przypuszczał, że muzyka z wesel i remiz stanie się głosem całego pokolenia.
Świerzyński od początku wierzył, że ludzie chcą piosenek prostych, emocjonalnych i bliskich codziennemu życiu. „Muzyka ma być dla ludzi, nie dla krytyków” — powtarzał wielokrotnie.

Gdy Bayer Full zaczął zdobywać popularność, disco polo dopiero rodziło się jako zjawisko.
Kasety sprzedawane na bazarach, koncerty w małych miejscowościach, brak wsparcia mediów — a mimo to sale pękały w szwach.

Świerzyński szybko zrozumiał, że trafił w czuły punkt. Piosenki o miłości, tęsknocie, prostych marzeniach trafiały do ludzi, którzy nie odnajdywali się w elitarnej kulturze lat transformacji.
„Nie wstydzę się tej muzyki. Ona dała radość milionom” — mówił po latach, gdy disco polo stało się obiektem kpin.

Sukces przyszedł szybko, ale nie przyniósł powszechnej akceptacji. Świerzyński stał się symbolem gatunku, który jedni kochali bezwarunkowo, a inni traktowali jak muzyczny obciach.
Krytyka bolała, zwłaszcza że artysta nigdy nie ukrywał, iż wkładał w swoją twórczość serce i konsekwencję.

Zamiast się wycofać, jeszcze mocniej bronił disco polo jako głosu zwykłych ludzi.
Życie prywatne trzymał z dala od medialnego szumu. Rodzina zawsze była dla niego azylem, miejscem, gdzie mógł zdjąć sceniczną maskę.

Nie epatował skandalami, nie szukał sensacji. W świecie pełnym plotek był raczej człowiekiem starej daty — wiernym, zasadniczym, czasem nawet upartym.
„Dom to jedyne miejsce, gdzie nie muszę nikomu nic udowadniać” — przyznawał w rozmowach.
Z biegiem lat disco polo zaczęło wracać do łask. Nowe pokolenie odkryło je na nowo, a Świerzyński — ku zaskoczeniu wielu — stał się punktem odniesienia.
Jedni nadal go krytykowali, inni zaczęli doceniać fakt, że był pionierem. On sam nigdy nie zmienił narracji. Nie przepraszał za sukces, nie udawał kogoś innego.
„Gdyby nie my, tej muzyki by nie było. A skoro była potrzebna, to znaczy, że miała sens” — mówił z przekonaniem.
Dziś Sławomir Świerzyński pozostaje postacią niejednoznaczną. Dla jednych ikoną kiczu, dla innych twórcą, który odważył się zrobić coś wbrew elitom.
Jego historia to opowieść o konsekwencji, wierze w własną drogę i cenie, jaką płaci się za popularność, która nie mieści się w gustach salonów.
Można się z nim nie zgadzać. Można nie słuchać jego muzyki. Ale nie da się zaprzeczyć, że bez
Sławomira Świerzyńskiego disco polo nie byłoby tym, czym się stało.
A on sam — czy tego chcecie, czy nie — zapisał się w historii polskiej kultury masowej na zawsze.