Roman Wilhelmi był prawdziwą ikoną PRL-u i wniósł duży wkład w kinematografię swojego kraju. Jednak jego życie nie przypominało tego, co widzieliśmy na ekranach. Co kryło się za uśmiechem aktora

Na ekranie był pewny siebie. Czasem ironiczny, czasem czarujący, innym razem wręcz bezwzględny.

Widzowie PRL-u znali jego twarz doskonale — kojarzyli ją z siłą charakteru, z charyzmą, z rolami, które zapadały w pamięć na lata.

Roman Wilhelmi stał się ikoną swoich czasów. Ale im jaśniej świecił reflektor, tym głębszy cień padał za kulisami jego życia.

Urodził się w 1936 roku. Dorastał w rzeczywistości, która nie sprzyjała marzeniom, a już na pewno nie tym artystycznym.

A jednak od początku było w nim coś, co przyciągało uwagę — temperament, intensywność, wewnętrzny ogień.

Aktorstwo nie było dla niego zawodem, było sposobem istnienia. Na scenie i przed kamerą potrafił wypełnić sobą całą przestrzeń.

Reżyserzy wiedzieli, że z Wilhelmim nie da się pracować „połowicznie”. On albo dawał wszystko, albo nic.

Kariera przyszła szybko. Teatr, film, telewizja — jego nazwisko coraz częściej pojawiało się w obsadach, a widzowie zaczęli go rozpoznawać na ulicy.

Prawdziwą popularność przyniosły mu role, które dziś mają status kultowych. Był niezapomnianym gospodarzem z „Alternatyw 4”, postacią jednocześnie śmieszną i przerażająco prawdziwą.

„Grałem takich ludzi, bo ich znałem. Oni byli wszędzie” — miał mówić w rozmowach z bliskimi.

Ale Wilhelmi nie był aktorem jednego tonu. Potrafił być elegancki, subtelny, pełen klasy.

Miał w sobie coś, co sprawiało, że kamera go kochała — nawet wtedy, gdy grał postacie trudne, niejednoznaczne. Publiczność widziała uśmiech, pewność, sceniczną kontrolę.

Mało kto zastanawiał się, jakim kosztem to wszystko powstaje.

Poza planem filmowym Roman Wilhelmi był człowiekiem pełnym sprzeczności. Wrażliwy, impulsywny, często rozdarty.

Życie prywatne nie układało się tak harmonijnie jak zawodowe sukcesy. Jego związki były burzliwe, pełne emocji, ale też napięć.

Kochał intensywnie, czasem zbyt intensywnie — tak jak żył i pracował. „Nie umiem być letni” — miał powtarzać. I rzeczywiście, w jego świecie nie było półśrodków.

Sława w czasach PRL-u miała swoją cenę. Oficjalne bankiety, niekończące się spotkania, presja bycia „kimś”.

Alkohol stał się dla wielu artystów ucieczką — i Wilhelmi nie był wyjątkiem. Z czasem to, co miało być chwilowym zapomnieniem, zaczęło zbierać swoje żniwo.

Bliscy widzieli, że coraz trudniej mu znaleźć spokój. On sam zdawał się mieć świadomość, że płaci wysoką cenę za życie na pełnych obrotach.

„Czasem mam wrażenie, że gram nawet wtedy, gdy nie ma kamery” — mówił podobno z goryczą. To zdanie wiele o nim mówi.

Granica między rolą a prawdziwym „ja” zaczęła się zacierać. Publiczność oczekiwała uśmiechu, energii, dowcipu — i on to dawał. Nawet wtedy, gdy w środku było coraz więcej zmęczenia.

Choroba przyszła po cichu. Tak jak wiele rzeczy w jego życiu — bez zapowiedzi, bez teatralnych gestów.

Gdy diagnoza stała się faktem, Wilhelmi nie robił z niej dramatu publicznego. Nie szukał współczucia.

Do końca starał się zachować godność, jakby grał ostatnią, najtrudniejszą rolę — rolę samego siebie bez maski.

Zmarł w 1991 roku, mając zaledwie 55 lat. Dla wielu było to zbyt wcześnie, za wcześnie na pożegnanie z kimś, kto wciąż mógł jeszcze tak wiele zagrać.

Ale jego dorobek pozostał. Filmy, spektakle, role, które do dziś są oglądane i komentowane. I ten uśmiech — znajomy, ironiczny, trochę smutny.

Za tym uśmiechem krył się człowiek z krwi i kości. Nie ideał. Nie pomnik. Artysta, który płacił za swoją intensywność.

Roman Wilhelmi nie prowadził życia, jakie widzieliśmy na ekranach. Było trudniejsze, bardziej samotne, pełne wewnętrznych walk. Ale może właśnie dlatego jego role były tak prawdziwe.

„Aktor musi coś stracić, żeby mógł coś dać” — to zdanie często przypisywano jego filozofii życia.

Patrząc dziś na jego los, trudno się z nim nie zgodzić. Wilhelmi dał widzom bardzo wiele. A za uśmiechem, który znała cała Polska, kryła się historia, o której długo nie mówiono głośno.

Jacek Bursztynowicz stał się prawdziwym wsparciem w życiu dla swojej żony Barbary Bursztynowicz. Aktorka miała szczęście znaleźć bratnią duszę i cieszyć się rodzinną idyllą

Życie miłosne córki byłej pary prezydenckiej, Lecha i Marii Kaczyńskich, Marty Kaczyńskiej. Można by nakręcić o tym film

Audrey Hepburn nie nazywała się Hepburn. Dlaczego znana aktorka zdecydowała się na zmianę nazwiska