W życiu Artura Barciś scena zawsze była ważna. Światła, cisza przed pierwszą kwestią, reakcja publiczności — to jego naturalne środowisko od ponad czterech dekad.
Ale jeśli zapytać go o najważniejszą rolę, nie wskaże ani Tadeusza Norka z Miodowe lata, ani niezapomnianych kreacji teatralnych. Bez wahania powie: ojciec.
Urodzony w 1956 roku, wychowany w skromnych warunkach, od początku wiedział, że w życiu liczy się praca i konsekwencja.
Te wartości wyniósł z domu i przekazał dalej — swojemu synowi Franciszkowi.
I choć wielu mogło zakładać, że syn znanego aktora naturalnie pójdzie w jego ślady, rzeczywistość potoczyła się inaczej.

„Nigdy nie chciałem, żeby Franek był ‘czyimś synem’. Chciałem, żeby był sobą” — mówił Barciś w jednym z wywiadów.
I właśnie to zdanie najlepiej oddaje atmosferę ich relacji.
Franciszek Barciś nie wybrał aktorstwa. Nie stanął na scenie, nie poszedł do szkoły teatralnej, nie próbował budować kariery w blasku nazwiska ojca.

Zdecydował się na własną drogę — związaną z branżą IT i nowoczesnymi technologiami. Z wykształcenia i pasji związany jest z informatyką oraz projektami technologicznymi. To świat zupełnie inny niż teatralne kulisy czy plan filmowy.
Dla wielu rodziców taka decyzja mogłaby być rozczarowaniem. Dla Artura Barcisia była powodem do dumy.
„Najważniejsze, żeby robił to, co go naprawdę interesuje. Nie musi być aktorem, żeby był spełniony” — podkreślał.

W jego głosie nie ma cienia zawodu. Jest za to spokój człowieka, który rozumie, że sukces nie ma jednego wzoru.
Ich relacja od zawsze opierała się na rozmowie i wzajemnym szacunku. Barciś wielokrotnie powtarzał, że rodzina jest jego fundamentem.
Z żoną Beatą stworzyli stabilny dom, wolny od medialnych sensacji. To w tej przestrzeni dorastał Franciszek — z dala od show-biznesowej presji.

Aktor nie ukrywa, że ojcostwo nauczyło go więcej niż jakakolwiek rola. „Dziecko weryfikuje wszystko.
Nagle przestajesz być najważniejszy. I to jest bardzo dobre” — przyznał kiedyś z charakterystycznym uśmiechem. Bycie ojcem wymagało cierpliwości, obecności, czasem rezygnacji z zawodowych propozycji.
Choć Franciszek wybrał inną branżę, między ojcem a synem nie ma przepaści światów. Przeciwnie — jest ciekawość.

Barciś przyznaje, że fascynuje go tempo zmian technologicznych, które dla młodszego pokolenia są codziennością.
„On mi tłumaczy rzeczy, których ja nie rozumiem. Ja mu opowiadam o teatrze. I jakoś się spotykamy pośrodku” — mówił.
W tej historii nie ma dramatycznego konfliktu pokoleń ani presji kontynuowania rodzinnej tradycji.
Jest dojrzała akceptacja. Artur Barciś, który sam musiał wywalczyć swoje miejsce w zawodzie, wie, jak ważna jest wolność wyboru. Nie potrzebował, by syn powielał jego drogę, by czuć dumę.

Dziś, kiedy patrzy na dorosłego już Franciszka, widzi człowieka samodzielnego, odpowiedzialnego, idącego własną ścieżką.
A to — jak podkreśla — jest największym sukcesem rodzica. „Kariera to jedno. Ale jeśli dziecko wyrasta na dobrego człowieka, to znaczy, że coś zrobiło się dobrze”.
Artur Barciś wciąż gra, wciąż wychodzi na scenę, wciąż rozśmiesza i wzrusza widzów.

Ale gdy gasną światła i opada kurtyna, wraca do roli, która nie kończy się nigdy. Do roli ojca. I właśnie w niej — jak sam przyznaje — czuje się najbardziej spełniony.