Nazywano ją „polską Marilyn”, kobietą fatalną, prowokatorką. Jednak za tymi etykietami stał człowiek – wrażliwy, emocjonalny, zakochany. I być może bardziej samotny, niż chciał to pokazać światu.
Urodzona w 1930 roku w Gdyni, od dziecka czuła, że scena będzie jej miejscem. Ukończyła Państwową Wyższą Szkołę Teatralną w Krakowie i szybko znalazła się w warszawskim środowisku artystycznym.
Teatr był jej fundamentem, lecz prawdziwą popularność przyniosła telewizja – przede wszystkim legendarny projekt Kabaret Starszych Panów.
To właśnie tam jej zmysłowość, ironia i lekka bezczelność stały się czymś zupełnie nowym dla polskiej publiczności.
Gdy pojawiała się na ekranie – w sukniach z głębokim dekoltem, z powolnym, lekko zachrypniętym głosem – kraj zamierał.
Władze były oburzone, konserwatywna część społeczeństwa krytykowała ją bez litości, ale widzowie nie potrafili oderwać wzroku.
Nie prosiła o pozwolenie, by być seksualną – ona po prostu taka była. „Ja nie gram kobiecości. Ja nią jestem” – mówiła w jednym z wywiadów.
Jej życie prywatne stało się niemal legendą. Romanse, plotki, półprawdy – to wszystko towarzyszyło jej latami.
Mężczyźni zachwycali się nią otwarcie. Wśród tych, z którymi łączyły ją domysły, byli znani artyści, pisarze i aktorzy. Jednak w centrum jej życia był jeden mężczyzna – Stanisław Dygat.
Pobrali się w 1954 roku. Dygat – pisarz, intelektualista, starszy od niej o szesnaście lat. Ich małżeństwo od początku było nietypowe.
Żyli w otwartym związku, nie ukrywając, że pozwalają sobie na więcej, niż dopuszczała tradycyjna moralność.
W ich warszawskim domu gromadziła się bohema – reżyserzy, poeci, malarze. Rozmawiano głośno, palono bez przerwy, dyskutowano do świtu.
O jej romansach mówiono szeptem i całkiem otwarcie. Nie zaprzeczała swojej namiętności do życia.
„Kocham ludzi. Kocham mężczyzn. Ale to nie znaczy, że nie kocham męża” – przyznawała. I rzeczywiście, mimo wszystkich plotek to właśnie Dygat pozostawał jej centrum.
Ich relacja była skomplikowana. On również miał romanse. Wiedziała o zdradach tak samo, jak on wiedział o jej fascynacjach.
To był związek dwóch silnych osobowości, w którym zazdrość i wolność szły obok siebie.
„My się nigdy nie nudziliśmy” – mówiła z uśmiechem. Być może jednak za tym uśmiechem krył się ból.
Kalina nie była kobietą stworzoną do spokojnego, cichego życia. Płonęła. Jej obecność – na scenie i w prywatnej przestrzeni – była intensywna.
Potrafiła oczarować i zranić, śmiać się i płakać tego samego wieczoru. Dla wielu mężczyzn była marzeniem, lecz sama zdawała się marzyć tylko o jednym – by być kochaną naprawdę.
Po śmierci Dygata w 1978 roku coś w niej pękło. Choć nadal pracowała, występowała i grała, jej wewnętrzny ogień przygasł.
Ci, którzy znali ją w tamtym czasie, mówili, że stała się bardziej zamyślona.
Straciła nie tylko męża – straciła partnera w swojej skomplikowanej, namiętnej grze zwanej życiem.
Kalina Jędrusik zmarła w 1991 roku. Legendy o jej romansach trwają do dziś. Jeśli jednak odrzucić mitologię, zostaje kobieta, która nie bała się być sobą w czasach, gdy kosztowało to bardzo wiele.
Kobieta, która kochała odważnie – nawet jeśli jej miłość nie zawsze była odwzajemniona wiernością.
Wszyscy mężczyźni Kaliny Jędrusik to część historii. Ale tylko jeden był jej domem. I być może w tym paradoksie zawiera się cała ona: wolna, namiętna, silna, a jednocześnie spragniona miłości.
„Życie jest po to, żeby je przeżyć do końca” – mówiła. I właśnie tak je przeżyła.
Śmierć Adriana Szymaniaka miała być początkiem ciszy. Jego żona Anita prosiła rodzinę, znajomych i media…
Za zamkniętymi drzwiami Pałacu Prezydenckiego nie wszystko wygląda tak, jak moglibyśmy sobie wyobrażać. Są oficjalne…
Śmierć Adriana Szymaniaka przyszła po miesiącach walki z ciężką chorobą, ale dla jego najbliższych żałoba…
Natalia Kukulska miała tego wieczoru stanąć przed publicznością w Jarocinie. Zespół był już przygotowany, odbyła…
Jeszcze niedawno trudno było sobie wyobrazić Ewę Chodakowską bez Lefterisa Kavoukisa. Przez 17 lat byli…
Przy tym filmie od początku było więcej emocji niż przy większości nowych polskich produkcji. „Nigdy…