Znały go miliony Polaków. Dla jednych Zbigniew Wodecki na zawsze pozostał głosem „Pszczółki Mai”, dla innych — wykonawcą „Zacznij od Bacha” czy „Lubię wracać tam, gdzie byłem”.
Jednak poza sceną był człowiekiem, który ciągle się spieszył, żartował nawet w najtrudniejszych chwilach i niemal całe życie spędził między domem, trasami koncertowymi a samochodem.
Nieprzypadkowo przyjaciele nazywali go „śpiewającym kierowcą”.
Zbigniew Wodecki urodził się 6 maja 1950 roku w Kraków w muzycznej rodzinie. Jego ojciec, Józef
Wodecki, był trębaczem orkiestry symfonicznej Polskiego Radia i Telewizji.
Muzyka rozbrzmiewała w ich domu każdego dnia, dlatego nikogo nie dziwiło, że Zbigniew już jako dziecko sięgnął po skrzypce.

W wieku pięciu lat rozpoczął naukę gry, a później opanował także trąbkę i fortepian.
Jego kariera zaczęła się u boku legend polskiej sceny. Młody muzyk akompaniował Marek Grechuta oraz Ewa Demarczyk, a z czasem sam stał się jedną z najbardziej charakterystycznych postaci polskiej estrady.
Z łatwością łączył elegancję z humorem, a w jego repertuarze mogły obok siebie istnieć zarówno liryczne ballady, jak i lekkie telewizyjne przeboje.

Sam Wodecki nigdy nie zachowywał się jak „wielka gwiazda”. Wręcz przeciwnie — często żartował z samego siebie. Nie lubił słowa „koncert” i mówił:
„Ja po prostu śpiewam i gram, koncertował to Paderewski”.
Jego poczucie humoru stało się wręcz legendarne. Podczas występów sypał anegdotami, improwizował i błyskawicznie nawiązywał kontakt z publicznością. Nawet o własnej popularności mówił z autoironią:

„Dzień bez autografu to dzień stracony”.
Za tą pogodą ducha krył się jednak człowiek, który praktycznie nie umiał odpoczywać.
Ostatnie dekady życia Wodecki dosłownie spędzał w trasie. Polskę znał tak dobrze, że znajomi żartobliwie traktowali go jak „żywy atlas samochodowy”.

Nieustannie podróżował między miastami, salami koncertowymi i studiami telewizyjnymi. Nawet podczas wakacji długo nie wytrzymywał bez pracy.
Kiedyś wyjechał z rodziną do Chorwacja, ale zamiast dwóch tygodni wrócił już po kilku dniach, bo — jak tłumaczył — „miał występ nad morzem”.

Sam śmiał się, że prawdziwy odpoczynek ma tylko wtedy, gdy stoi w korku.
To właśnie wtedy przyjaciele zaczęli nazywać go „śpiewającym kierowcą”.
Mimo ogromnego tempa życia przez wiele lat pozostawał oddanym rodzinie człowiekiem.
Jego żoną była Krystyna Wodecka, z którą przeżył ponad czterdzieści lat.
Doczekali się trojga dzieci — Joanny, Katarzyny i Pawła. I choć artysta rzadko pokazywał rodzinę publicznie, bliscy wielokrotnie podkreślali, że to właśnie dom był dla niego najważniejszym miejscem.
Jednocześnie publiczność zwracała uwagę jeszcze na jedną rzecz — jego wygląd.
Bujne kręcone włosy stały się równie charakterystycznym symbolem Wodeckiego jak skrzypce czy wąsy.
Przez dekady praktycznie nie zmieniał stylu. Tylko raz zgodził się na eksperyment.
Namówiła go do tego Krystyna Sienkiewicz. Aktorka zaproponowała mu jasne pasemka.
Efekt okazał się tak zaskakujący, że ludzie przestali rozpoznawać go na ulicy.
Sam Wodecki wspominał później, że przez dwa tygodnie chodził w kapturze. Potem postanowił już nigdy więcej nie zmieniać fryzury. Jak żartował:
„Mnie się to zwyczajnie nie opłaca, a na ponowne zrobienie kariery jest już niestety trochę za późno…”.
Ten żart doskonale oddawał jego charakter — lekki, ciepły, pozbawiony patosu.
Nawet kiedy mówił o wieku czy zdrowiu, nie tracił dystansu do siebie. Żartował, że co roku świętuje jubileusz „na wszelki wypadek”, a dobrą formę tłumaczył prosto: „Trzyma mnie adrenalina”.
Kiedy w maju 2017 roku pojawiła się wiadomość o śmierci Wodeckiego po ciężkim udarze, dla Polski był to prawdziwy wstrząs.
Wielu ludziom wydawało się, że jest kimś, kto będzie istniał zawsze — z uśmiechem, skrzypcami i gotowym żartem.
Dziś jego piosenki nadal rozbrzmiewają w radiu, a młodsze pokolenie odkrywa jego twórczość na nowo.
I choć minęły lata, obraz Zbigniewa Wodeckiego pozostaje niezmienny — kręcone włosy, skrzypce w dłoniach, ciepły uśmiech i człowiek, który potrafił być bliski milionom.