Jan Frycz odszedł 15 sierpnia 2026 roku w wieku 72 lat.
Śmierć jednego z najbardziej charakterystycznych polskich aktorów poruszyła środowisko artystyczne, ale dopiero po jego odejściu szczególnie mocno wybrzmiały słowa z rozmowy, która okazała się jego ostatnim wywiadem.
Aktor mówił w niej o teatrze, odpowiedzialności za świat i o tym, co chciałby po sobie zostawić. Nie mógł wiedzieć, że jego słowa tak szybko nabiorą zupełnie innego znaczenia.
Jan Frycz należał do tego pokolenia aktorów, których nie dało się pomylić z nikim innym.
Miał charakterystyczny głos, mocną sceniczną obecność i umiejętność grania zarówno postaci pierwszoplanowych, jak i tych, które pojawiały się na ekranie tylko na chwilę, a mimo to zostawały w pamięci.

Przez dekady pracował w teatrze, filmie i telewizji, budując dorobek, który dziś trudno oddzielić od historii polskiego aktorstwa.
Do pracy podchodził bez wielkich deklaracji. Najważniejsza była dla niego sama możliwość wejścia w rolę i stworzenia czegoś, co będzie miało znaczenie także wtedy, gdy opadnie teatralna kurtyna.
Dlatego jego ostatni projekt wydaje się szczególnie symboliczny. Frycz zagrał w spektaklu Teatru Telewizji „Król Maciuś Pierwszy”, wcielając się w Szefa Rady Ministrów.
Teatr Telewizji to oryginalny gatunek sztuki i zajmuje on w moim sercu miejsce wyjątkowe. Jego siła tkwi w tym, że nie jest — i nie powinien być — zwykłym widowiskiem telewizyjnym ani prostą rejestracją spektaklu ze sceny — opowiadał.

Była to jego ostatnia rola. Aktor wspominał, że bez wahania zgodził się na udział w przedstawieniu, ponieważ książka Janusza Korczaka należała do tych lektur, które pamiętał jeszcze z dzieciństwa.
W rozmowie poprzedzającej premierę mówił także o samym Teatrze Telewizji. Nie traktował go jak zwykłego programu czy zapisu przedstawienia. Podkreślał, że jest to osobny gatunek sztuki, mający w jego sercu wyjątkowe miejsce.
Najbardziej przejmująca część rozmowy dotyczyła jednak czegoś znacznie większego niż aktorstwo.
Zapytany o słowa Janusza Korczaka — „Nie wolno zostawiać świata takim, jakim jest” — Frycz mówił o odpowiedzialności za przyszłość.

W odniesieniu do współczesnych wyzwań ta myśl Janusza Korczaka zyskuje zupełnie nowy, niemal dramatyczny wymiar. Dziś „niezostawianie świata takim, jaki jest” to nie tylko kwestia empatii, ale przede wszystkim naszej odpowiedzialności za przyszłość. Naprawianie świata zawsze zaczyna się od nas samych. Rezygnacja z działania i obojętność są najgorszym wyborem. Traktujmy Ziemię jako naszą małą planetę i nas, ludzi, którzy żyjemy na naszej małej planecie, jako całość. Dbajmy o środowisko i o ludzi jednocześnie, bo jesteśmy od siebie zależni. Uważam, że powinniśmy zawsze o tym pamiętać — odparł Frycz.
Zwracał uwagę na potrzebę działania zamiast obojętności. Mówił o świecie, który należy traktować jak wspólne miejsce, oraz o odpowiedzialności ludzi zarówno za środowisko, jak i za siebie nawzajem.
Szczególnie mocno zabrzmiała jego myśl, że rezygnacja z działania i obojętność są najgorszym wyborem.
Wtedy były to słowa aktora komentującego przesłanie spektaklu. Dziś, po jego śmierci, brzmią niemal jak osobiste podsumowanie tego, co uważał za ważne.
Frycz mówił również o dzieciach. Uważał, że najmłodszych należy traktować poważnie, dawać im prawo do własnego zdania, błędów i szacunku.

To nie był dla niego jedynie temat przedstawienia. W jego wypowiedziach wyraźnie było słychać przekonanie, że sposób, w jaki dorośli odnoszą się do dzieci, mówi bardzo wiele o przyszłości całego społeczeństwa.
W ostatnich miesiącach życia Frycz mimo poważnych problemów zdrowotnych nie zrezygnował z pracy. Według relacji osób z jego otoczenia jeździł na chemioterapię, a później pojawiał się na próbach w Teatrze Narodowym.
Przygotowywał się do kolejnych przedsięwzięć, jakby choroba nie mogła odebrać mu tego, co przez całe życie było dla niego najważniejsze.
Miał jeszcze przed sobą kolejne plany. W Teatrze Narodowym przygotowywał się do nowego spektaklu „Oresteja”, a jego ostatni film „Wanda” czeka na premierę.

Życie zawodowe nie zatrzymało się więc w momencie, gdy jego zdrowie coraz bardziej się pogarszało.
Czy przeczuwał, że to jego ostatnie miesiące? Tego nie sposób dziś rozstrzygnąć. W jego ostatnim wywiadzie nie ma jednak słów człowieka, który żegnałby się ze sceną.
Jest za to rozmowa aktora, który wciąż myślał o pracy, sztuce, dzieciach i świecie, który zostanie po nas.
I właśnie dlatego ten wywiad tak mocno porusza. Nie dlatego, że Jan Frycz przepowiedział własną śmierć.
Nic nie wskazuje na to, by chciał się żegnać. Porusza dlatego, że mówił o przyszłości, nie wiedząc, jak niewiele czasu mu pozostało.
Jego ostatnie słowa o odpowiedzialności, obojętności i potrzebie pozostawienia świata choć trochę lepszym dziś brzmią jak szczególny fragment jego artystycznego testamentu.
Nie chodziło w nich o sławę ani o to, jak zostanie zapamiętany aktor. Chodziło o coś prostszego — o ludzi i miejsce, które wszyscy po sobie zostawiamy.
Jan Frycz nie doczekał premiery „Króla Maciusia Pierwszego”. Spektakl rozpocznie nowy sezon Teatru Telewizji już bez niego.
Na scenie pozostała jednak jego ostatnia rola, a w archiwach — głos człowieka, który do końca miał coś ważnego do powiedzenia.
I być może właśnie tak najlepiej zamknąć historię jego ostatnich dni. Nie pytaniem, czy wiedział, że odchodzi, lecz pamięcią o tym, czym zajmował się niemal do końca — pracował, tworzył i myślał o tym, co pozostanie po nas, kiedy nas już nie będzie.