Mało kto jednak patrzył wtedy na te słowa jak na fragment jego własnej historii. Tymczasem dla Wodeckiego dom naprawdę był miejscem, do którego chciał wracać.
Problem polegał na tym, że przez większą część życia artysta po prostu nie miał czasu, by w nim być.
Koncerty, wyjazdy, nagrania i kolejne propozycje sprawiły, że żona Krystyna i troje dzieci przez lata musieli dzielić się nim z całą Polską.
Zbigniew Wodecki urodził się 6 maja 1950 roku w Krakowie, w rodzinie mocno związanej z muzyką. Ojciec był trębaczem i pracował z orkiestrami radiowymi, matka śpiewała jako sopran koloraturowy.
Nic więc dziwnego, że muzyka pojawiła się w jego życiu bardzo wcześnie. Jako pięciolatek rozpoczął naukę gry na skrzypcach, a później ukończył krakowską szkołę muzyczną w klasie skrzypiec.
Zanim stał się gwiazdą piosenki, był przede wszystkim świetnie wykształconym muzykiem, skrzypkiem i trębaczem.
Kraków pozostał dla niego czymś więcej niż tylko miejscem urodzenia. To tutaj zetknął się ze środowiskiem Piwnicy pod Baranami, Markiem Grechutą, Ewą Demarczyk i innymi artystami, którzy tworzyli muzyczny klimat miasta.
Grał także w orkiestrach symfonicznych i przez pewien czas towarzyszył Ewie Demarczyk. Właśnie w Piwnicy pod Baranami zobaczył dziewczynę, która miała zostać kobietą jego życia. Była nią Krystyna.
„Młodo zacząłem” – żartował w wywiadzie-rzece.
Wodecki wspominał później, że kiedy pierwszy raz ją zobaczył, natychmiast zwrócił na nią uwagę. Miał zaledwie 19 lat.
Kilka lat później, 30 czerwca 1971 roku, wzięli ślub. W tym momencie życie młodego muzyka zaczęło przyspieszać w zawrotnym tempie.
„Pewnego wieczoru zobaczyłem dziewczynę z czarnymi włosami spiętymi w koński ogon. Siedziała w pierwszym rzędzie. Poczułem, że coś we mnie pęka. Zakochałem się. Jak się ma dziewiętnaście lat, to nie ma się żadnych wątpliwości” – opowiadał Wacławowi Krupińskiemu.
W krótkim czasie pojawiły się dzieci — Joanna, Katarzyna i Paweł. Wodecki miał zaledwie 25 lat, kiedy po raz trzeci został ojcem.
Rodzina była jednak zakładana w czasie, kiedy jego kariera dopiero nabierała rozpędu. Wodecki zaczął śpiewać właściwie trochę przypadkiem.
W 1971 roku po występach w Świnoujściu jego głos usłyszał człowiek związany z telewizją. Wkrótce pojawiły się pierwsze nagrania i występy.
W 1972 roku wystąpił na festiwalu w Opolu jako wokalista. Później przyszły kolejne piosenki, koncerty i coraz większa popularność.
A wraz z popularnością przyszło coś, czego rodzina szybko zaczęła doświadczać na własnej skórze — jego ciągła nieobecność.
Wodecki sam przyznawał po latach, że kiedy dzieci były małe, właściwie był w domu gościem. Według jego własnych wyliczeń spędzał w domu mniej więcej jedną trzecią roku. Reszta przypadała na trasy koncertowe, wyjazdy i pracę.
Pewnego razu wrócił po dwóch tygodniach nieobecności. Pięcioletni wówczas Paweł miał spojrzeć na ojca, pobiec do kuchni i powiedzieć matce, że przyjechał „ten pan, co śpiewa Pszczółkę Maję”.
„Jakby policzyć wszystkie moje nieobecności, to wychodzi, że spędzałem w nim mniej więcej jedną trzecią roku” – wyznał.
Ta historia szczególnie mocno pokazuje, jak wyglądało dzieciństwo jego pociech.
Nie chodziło o to, że Wodecki nie kochał swoich dzieci. Wręcz przeciwnie. Problem polegał na tym, że jego życie zawodowe niemal całkowicie pochłaniało jego czas. Sam po latach oceniał siebie jako ojca początkowo na „trójkę”.
Dopiero kiedy dzieci dorosły i ich relacja zmieniła się, podniósł tę ocenę do „piątki”. Wiedział, czego zabrakło.
„Myślę, że każda kobieta mająca na głowie pieluchy, pranie i gotowanie, jest wdzięczna losowi, że chłopa nie ma w domu. Bo ma święty spokój. Poza tym nie byłem łatwym domownikiem. Głównie rzępoliłem na skrzypcach” – stwierdził.
W jednym z wywiadów przyznał wprost, że powinien był więcej bawić się z dziećmi, kiedy były małe. Zamiast tego robił karierę i zarabiał pieniądze na utrzymanie rodziny.
Duża część ciężaru codziennego życia spadła wtedy na Krystynę. Z wykształcenia była geologiem, ale zdecydowała się zrezygnować z własnej pracy i zająć domem oraz dziećmi.
Wodecki mówił później, że dzięki temu mógł jeździć w trasy i rozwijać karierę. Nie ukrywał przy tym, że nie był łatwym człowiekiem do wspólnego życia.
W domu ćwiczył na instrumentach, a kiedy pojawiała się kolejna propozycja zawodowa, zwykle ją przyjmował.
Sam mówił, że właśnie jego tryb pracy w pewnym sensie uratował małżeństwo. Krystyna i Zbigniew mieli zupełnie różne charaktery.
Kiedy on wyjeżdżał, każde z nich miało swoją przestrzeń. Wodecki żartował nawet, że gdyby nie jego ciągłe podróże, być może dawno by się „pozabijali”.
Za tym żartem kryło się jednak coś bardzo prawdziwego — ich małżeństwo przetrwało dziesięciolecia, mimo że jego rytm był daleki od zwyczajnego rodzinnego życia.
Co ciekawe, Wodecki nie traktował swojej nieobecności jak powodu do dumy. Tęsknił za domem. Kiedy był daleko, telefonował do żony i dzieci. Podczas pobytu na Kubie, gdzie nie miał dostępu do telefonu, wysyłał telegramy.
Przyznawał, że za każdym razem, kiedy pojawiała się możliwość zarobienia pieniędzy i zrobienia kolejnego kroku w karierze, brał tę propozycję.
Chciał utrzymać rodzinę, ale jednocześnie coraz bardziej oddalał się od codzienności, w której dorastały jego dzieci.
W tym samym czasie jego kariera nabierała tempa. Wodecki stał się jednym z najbardziej charakterystycznych artystów polskiej estrady.
„Zacznij od Bacha”, „Izolda”, „Opowiadaj mi tak”, „Chałupy Welcome To” czy „Lubię wracać tam, gdzie byłem” weszły do kanonu polskiej muzyki rozrywkowej.
Ogromną popularność przyniosła mu również piosenka z czołówki „Pszczółki Mai”, dzięki której dla kolejnego pokolenia na zawsze stał się głosem jednej z najpopularniejszych kreskówek.
Nie był jednak wyłącznie piosenkarzem. Grał na skrzypcach i trąbce, komponował, aranżował, współpracował z wieloma wybitnymi muzykami.
W późniejszych latach pojawiał się także w telewizji, prowadził programy i został jurorem „Tańca z Gwiazdami”.
Potrafił przechodzić między światem poważnej muzyki, estrady i telewizji bez utraty własnego charakteru.
W 2013 roku wydarzyło się coś, co pokazało, że jego muzyka może przemówić również do zupełnie młodszego pokolenia.
Wodecki wystąpił razem z zespołem Mitch&Mitch, wracając do materiału z własnej płyty z 1976 roku. Dwa lata później ukazała się „1976: A Space Odyssey”.
Projekt odniósł ogromny sukces i przypomniał publiczności, że za przebojami znanymi z radia stoi przede wszystkim niezwykle wszechstronny muzyk.
A jednak w życiu prywatnym największą rolę odgrywało coś zupełnie innego niż scena. Krystyna pozostawała poza show-biznesem i to właśnie ona była osobą, która przez lata scalała rodzinę.
Dzieci również nie szukały rozgłosu. Wodecki mówił, że jego żona w życiu prywatnym grała pierwsze skrzypce, a on mógł dzięki temu zajmować się tym, co kochał.
Z czasem relacje z dziećmi bardzo się zmieniły. Katarzyna Wodecka-Stubbs wspominała po śmierci ojca, że ich relacja w dzieciństwie była bardziej „piedestałowa”.
Był dla nich przede wszystkim wielkim, często nieobecnym artystą. Zupełnie inaczej Wodecki zachowywał się jako dziadek.
Wtedy miał już więcej czasu i cierpliwości. Kiedy wracał do Krakowa, chodził po wnuki do szkoły i przedszkola.
Z pięciorgiem wnucząt stworzył znacznie cieplejszą, bardziej bezpośrednią więź niż wcześniej z małymi dziećmi.
To właśnie w tej późniejszej części życia Wodecki chyba najlepiej zobaczył, co wcześniej stracił. Nie mógł cofnąć czasu, ale mógł być obecny dla kolejnego pokolenia.
Dzieci również z czasem zaczęły patrzeć na ojca inaczej. Rodzina pozostawała blisko, choć każde z jego dzieci wybrało własną drogę i w dużej mierze chroniło prywatność.
Wodecki do końca był człowiekiem, który potrzebował muzyki. Scena była dla niego nie tylko pracą. Powtarzał, że kiedy nie może grać, czegoś mu brakuje.
Nawet kiedy formalnie mógł już mówić o emeryturze, nie potrafił usiąść i przestać koncertować. Muzyka utrzymywała go w ruchu, dawała adrenalinę i poczucie, że nadal jest potrzebny publiczności.
Ostatnie tygodnie jego życia przyszły nagle. 5 maja 2017 roku przeszedł operację wszczepienia bypassów.
Trzy dni później doznał rozległego udaru mózgu. Lekarze walczyli o jego życie, ale obrażenia okazały się nieodwracalne.
Zbigniew Wodecki zmarł 22 maja 2017 roku w Warszawie, mając 67 lat. Przy jego łóżku do końca byli żona i dzieci.
Pozostała po nim muzyka, która nie starzeje się razem z wykonawcą. Ale pozostała też zupełnie inna historia — historia człowieka, który przez dziesięciolecia był dla milionów Polaków obecny niemal wszędzie, a dla własnej rodziny przez sporą część życia był człowiekiem nieobecnym.
Wodecki wiedział o tym i potrafił mówić o tym bez udawania, że wszystko zrobił idealnie.
Może dlatego jego historia rodzinna jest tak bardzo ludzka. Nie była bajką o sławnym muzyku, który zawsze znajdował czas dla najbliższych.
Była historią mężczyzny, który zakochał się młodo, założył rodzinę, a potem dał się porwać pracy, koncertom i kolejnym możliwościom.
Wracał do Krakowa, telefonował, tęsknił i wiedział, że wiele chwil z dziećmi już bezpowrotnie minęło. A kiedy wreszcie miał więcej czasu, dzieci były już dorosłe.
22 maja 2017 roku jego rodzina straciła męża, ojca i dziadka. Polska straciła jednego z najbardziej rozpoznawalnych muzyków swojej epoki.
Zbigniew Wodecki odszedł nagle, ale zostawił po sobie nie tylko przeboje.
Zostawił też opowieść o tym, że nawet człowiek, którego życie przez lata było podporządkowane scenie, najbardziej chciał wracać właśnie tam, gdzie czekali na niego najbliżsi.
Przez ponad dwie dekady byli jedną z tych par, o których mówiło się niewiele właśnie…
Przez lata Aleksandra Kwaśniewska żyła w cieniu nazwiska, którego nie dało się po prostu zostawić…
Przez lata wydawało się, że historia Mandaryny i Michała Wiśniewskiego dawno została zamknięta. Było małżeństwo,…
Jeszcze niedawno pokazywali rodzinne chwile z synem, a Daniel i Faustyna Martyniukowie wydawali się próbować…
Natalia Kukulska od lat jest jedną z tych wokalistek, których nie trzeba nikomu przedstawiać. Jej…
Nie było przemówienia, kamer ustawionych przed sceną ani politycznych deklaracji. Donald Tusk szedł podczas spaceru,…