Jan Borysewicz przez ponad cztery dekady był jednym z tych muzyków, których nie trzeba przedstawiać.
Wystarczy kilka pierwszych dźwięków gitary, żeby wróciły „Mniej niż zero”, „Kryzysowa narzeczona”, „Zamki na piasku” czy „Zawsze tam, gdzie Ty”.
Razem z Lady Pank zmienił brzmienie polskiego rocka i stał się jego jednym z najbardziej rozpoznawalnych twórców.
A jednak im dokładniej przyjrzeć się jego życiu, tym mocniej widać, że za sceniczną pewnością siebie kryła się historia człowieka, który bardzo wcześnie zetknął się ze śmiercią, musiał dorosnąć szybciej niż rówieśnicy, popełniał błędy i przez lata próbował godzić muzyczną wolność z konsekwencjami własnych decyzji.
Teraz, kiedy na Netfliksie pojawił się film „Mniej obcy”, inspirowany jego wspomnieniami, znów wracają pytania nie tylko o to, ile Borysewicz dał polskiej muzyce, ale też o to, czy sam poza sceną potrafił znaleźć szczęście.

Urodził się 17 kwietnia 1955 roku we Wrocławiu. Muzyka pojawiła się w jego życiu bardzo wcześnie, ale dzieciństwo nie było beztroskie.
Jako młody chłopak musiał pomagać rodzinie, gdy jego mama zachorowała na stwardnienie rozsiane.
Pracował między innymi jako malarz pokojowy. Jeszcze większym ciosem była śmierć starszego brata Andrzeja, który odebrał sobie życie, mając zaledwie 20 lat.
Później Borysewicz stracił także ojca, który zmarł po rozległym zawale serca.
Takie doświadczenia zostają z człowiekiem na zawsze i trudno się dziwić, że w filmowej opowieści o jego życiu tak mocno wybrzmiewa motyw rodzinnych tragedii.

Sam Netflix opisuje „Mniej obcy” właśnie jako historię muzyka, którego ukształtowały nie tylko sukcesy, ale również bolesne doświadczenia rodzinne.
Gitara stała się dla niego czymś więcej niż instrumentem. Uczył się grać w Domu Kultury we Wrocławiu, później występował w kolejnych zespołach, aż pod koniec lat 70. trafił do Budki Suflera.
Koncertował z nią w Polsce i za granicą, pojawił się również przy projektach Tadeusza Nalepy i Breakoutu.
To właśnie te doświadczenia dały mu muzyczne zaplecze, które później pozwoliło stworzyć własny zespół. Po odejściu z Budki napisał „Małą Lady Punk”.
Piosenka okazała się początkiem czegoś znacznie większego. W 1982 roku powstała Lady Pank, a Borysewicz stanął w centrum tej historii jako gitarzysta, kompozytor i jeden z jej najważniejszych architektów.

Pierwsza płyta Lady Pank ukazała się w 1983 roku i właściwie od razu było wiadomo, że polska scena dostała zespół, który będzie miał ogromny wpływ na kolejne lata.
„Mniej niż zero”, „Fabryka małp”, „Wciąż bardziej obcy”, „Kryzysowa narzeczona” czy „Vademecum skauta” szybko stały się wielkimi przebojami.
Dwa lata później grupa przygotowała również anglojęzyczną wersję debiutu, która trafiła między innymi do Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii i Brazylii.
Borysewicz nie zamknął się jednak w jednym szyldzie. Pracował z innymi artystami, nagrywał solo jako Jan Bo, a w 2003 roku wspólnie z Pawłem Kukizem stworzył album, z którego pochodziły kolejne bardzo dobrze znane utwory.
Jego dorobek to dziesiątki płyt i współpraca z ogromną liczbą polskich wykonawców.
Sukces miał jednak swoją cenę. Borysewicz przez lata uchodził za człowieka, który żyje rock and rollem nie tylko na scenie.
W jego biografii nie brakuje historii o alkoholu, impulsywnych zachowaniach i konfliktach. Najgłośniejszy był koncert Lady Pank we Wrocławiu w czerwcu 1986 roku.

Po prowokacjach części publiczności muzyk zachował się skandalicznie, a sprawa zakończyła się zakazem występów dla zespołu i konsekwencjami prawnymi. Przez lata ta historia wracała przy każdym większym podsumowaniu jego kariery.
Dzisiaj sam Borysewicz mówi o tamtym okresie znacznie spokojniej. W 2025 roku w rozmowie z WP otwarcie opowiadał o tym, że odstawienie alkoholu uratowało mu życie.
Zmienił styl funkcjonowania i podkreślał, że zależy mu przede wszystkim na tym, aby Lady Pank nadal grało dobre koncerty.
To ważny szczegół, bo pokazuje człowieka, który nie próbuje już udawać, że dawne życie nie miało konsekwencji. Z czasem nauczył się mówić o swoich słabościach bez budowania wokół nich legendy.
Najbardziej skomplikowana część jego historii nie dotyczy jednak muzyki, lecz rodziny. Borysewicz ma dwie córki i sam przyznawał, że nie zbudował z obiema takiej samej relacji.
Starsza Joanna urodziła się, gdy był bardzo młody. W autobiograficznej rozmowie z Marcinem Prokopem muzyk mówił bez ogródek, że po rozpoczęciu działalności Lady Pank jego ojcostwo zeszło na dalszy plan.
Wyjechał z Wrocławia do Warszawy, rozpoczęła się wielka kariera i — jak sam przyznał — „ojcostwo się rozmyło”.
Dziś kontakt z Joanną jest sporadyczny. To jeden z tych fragmentów jego życiorysu, których nie da się przykryć żadnym sukcesem.
Zupełnie inaczej wygląda jego relacja z młodszą córką Alicją. Borysewicz mówił o jej narodzinach jak o wydarzeniu, które przyszło w odpowiednim momencie.
Wyznał, że kiedy wynosił ją ze szpitala, czuł ogromne szczęście. Mimo że Alicja studiuje i mieszka we Włoszech, pozostają w częstym kontakcie.
Sam muzyk tłumaczył, że przy niej po prostu był już innym człowiekiem niż wtedy, gdy na świat przyszła jego pierwsza córka.
Rodzinne życie Borysewicza również długo było dalekie od stabilności. Był dwukrotnie żonaty i po rozpadach małżeństw przez lata pozostawał w kolejnych związkach.
W 2025 roku poślubił Małgorzatę Burlewicz, z którą wcześniej przez dziewięć lat pozostawał w nieformalnej relacji.
Po tylu latach scenicznego życia to właśnie ta relacja stała się jednym z najspokojniejszych rozdziałów jego prywatnej historii.
W jego rodzinie nie brakuje też historii, które zmuszały go do przewartościowania własnych poglądów. Borysewicz publicznie mówił o swoim transpłciowym wnuku i o tym, jak wygląda ich relacja.
Nie wszystkie rodzinne sprawy są proste, nie wszystkie więzi są bliskie, a on sam nie próbuje dziś udawać, że przez całe życie potrafił być idealnym ojcem czy dziadkiem.
Przeciwnie, jego wypowiedzi pokazują człowieka, który po latach patrzy na własne decyzje znacznie chłodniej i potrafi przyznać, gdzie popełnił błędy.
Niełatwo też powiedzieć, że jego życie było po prostu szczęśliwe. Były momenty wielkiego triumfu, pełne sale, zagraniczne koncerty i piosenki, które na stałe weszły do polskiej kultury.
Były też śmierć brata, choroba matki, odejście ojca, problemy zdrowotne, alkohol, rodzinne rozstania i świadomość, że nie wszystkie relacje udało się uratować.
Właśnie dlatego określenie „szczęśliwy człowiek” byłoby zbyt proste. Borysewicz miał życie intensywne. Czasem piękne, czasem bardzo trudne, ale niemal nigdy spokojne.
I może właśnie dlatego tak dobrze pasuje do niego tytuł „Mniej obcy”. Film, który 7 października 2026 roku trafił na Netfliksa, nie jest klasyczną laurką dla rockowej gwiazdy.
To opowieść inspirowana jego życiem i wspomnieniami, pokazująca cenę buntu, sukcesu i artystycznej wolności. W rolę młodego Borysewicza wcielił się Mikołaj Bukrewicz.
Twórcy filmu nie skupili się wyłącznie na gitarze i Lady Pank. Równie ważne są rodzinne tragedie, upadki i granica między talentem a autodestrukcją.
Dziś Jan Borysewicz ma 71 lat i nadal stoi na scenie. Lady Pank nie jest dla niego zamkniętym rozdziałem, tylko częścią życia, która trwa znacznie dłużej, niż ktokolwiek mógł przypuszczać na początku lat 80.
Wciąż bierze gitarę do ręki, wciąż koncertuje i wciąż potrafi wywołać na publiczności dokładnie te same emocje, które towarzyszyły zespołowi dekady temu.
Otrzymał wiele branżowych wyróżnień, a jesienią 2026 roku został odznaczony Medalem „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”.
Czy więc jego życie poza sceną można nazwać szczęśliwym? Chyba najuczciwiej byłoby powiedzieć: nie było ono łatwe, ale z biegiem czasu stało się bardziej świadome.
Borysewicz nie cofnął błędów młodości, nie odbudował wszystkich utraconych więzi i nie wymazał historii, które przez lata wracały w nagłówkach.
Udało mu się jednak przejść przez kolejne dekady i dotrzeć do miejsca, w którym nie musi już udowadniać, że jest rockmanem.
Jego muzyka zrobiła to za niego. Pozostało coś trudniejszego — spojrzenie na własne życie bez scenicznego światła.
I właśnie wtedy widać pełny obraz Jana Borysewicza. Nie tylko gitarzystę Lady Pank, autora przebojów i człowieka, który współtworzył historię polskiego rocka.
Także syna, który stracił rodzinę zbyt wcześnie, ojca, który wie, że nie wszystko zrobił dobrze, męża, który po wielu zakrętach znalazł u swojego boku bliską osobę, i człowieka, który nauczył się, że wolność ma również swoją cenę.
Być może jego największym sukcesem nie jest nawet to, że po tylu latach nadal gra. Najbardziej ludzkie jest to, że po całej tej drodze wciąż potrafi spojrzeć wstecz i powiedzieć: tego bym już nie powtórzył.
Nawrocka spotkała się z zakonnicami. Uwagę zwrócił jeden z momentów uwiecznionych na zdjęciach
Krzysztof Jackowski zwrócił się do Polaków. Jego słowa dotyczyły listopada, warto się przygotować