Wielkie sceny, olśniewające suknie, burza blond loków i głos, którego nie dało się pomylić z żadnym innym.
Violetta Villas przez lata była symbolem niezwykłego talentu i artystycznego przepychu.
Potrafiła zachwycić publiczność w Polsce, podbiła sceny w Stanach Zjednoczonych, a jej nazwisko znały miliony.
Tym trudniej pogodzić ten obraz z tym, jak wyglądały ostatnie lata jej życia.
Zamiast blasku reflektorów pojawiły się samotność, problemy ze zdrowiem i niepokojące doniesienia o warunkach, w jakich mieszkała w Lewinie Kłodzkim.

Teraz do bolesnych wspomnień wrócił jej jedyny syn, Krzysztof Gospodarek. W rozmowie z dziennikarzem Mateuszem Szymkowiakiem przyznał, że są sprawy, o których nadal trudno mu mówić.
Opowiedział również o osobliwym przedmiocie, który pewnego dnia zobaczył na grobie matki.
Znicz w kształcie kobiecej twarzy, z blond lokami i mocnym makijażem, tak bardzo go zaskoczył, że postanowił natychmiast go usunąć.
Ten drobny epizod stał się częścią historii o pamięci, żałobie i kobiecie, której niezwykłe życie do dziś wzbudza skrajne emocje.
Violetta Villas, a właściwie Czesława Maria Cieślak, urodziła się 10 czerwca 1938 roku w belgijskim Heusy.

Jej rodzice byli Polakami, a po wojnie rodzina wróciła do kraju i osiedliła się w Lewinie Kłodzkim.
To właśnie tam przyszła gwiazda światowych scen spędziła część młodości. Od początku wyróżniała się muzycznymi zdolnościami.
Uczyła się śpiewu i gry na instrumentach, rozwijała słuch, a także poznawała języki obce. Miała warunki głosowe, które pozwalały jej wykonywać zarówno popularne piosenki, jak i wymagające arie.
Jej sopran koloraturowy obejmował niemal cztery oktawy, co stało się jednym z jej największych atutów.
W początkach kariery pomógł jej Władysław Szpilman. To właśnie on zachęcił ją, by zamiast nazwiska Cieślak wybrała pseudonim łatwiejszy do zapamiętania za granicą.
„W 2008 roku, kiedy moja mama trafiła do szpitala, te zwierzęta zostały usunięte. Gmina usunęła te zwierzęta już z posesji. W 2011 roku może był jeden pies czy jeden kot, ale to już nie było to, co wcześniej”.
Tak narodziła się Violetta Villas — nazwisko, które później miało brzmieć w salach koncertowych od Europy po Amerykę.
Pierwsze sukcesy przyszły na początku lat 60. Występ na festiwalu w Sopocie i popularność piosenki „Dla ciebie, miły” sprawiły, że zaczęto mówić o niej jako o jednej z najbardziej obiecujących wokalistek w kraju.

W 1965 roku zdobyła Grand Prix na międzynarodowym festiwalu w Rennes we Francji. Niedługo później jej kariera nabrała tempa, którego niewielu polskich artystów mogło doświadczyć.
W 1966 roku wystąpiła w paryskiej Olympii. Tam usłyszał ją amerykański impresario Frederick Apcar, który zaprosił ją do Las Vegas.
Przez kolejne sezony była gwiazdą rewii Casino de Paris w hotelu Dunes. Śpiewała w kilku językach, wykonywała standardy muzyki rozrywkowej, utwory operetkowe i arie operowe.
Występowała w otoczeniu międzynarodowych gwiazd, a jej nazwisko znalazło się w świecie, do którego wielu artystów z Polski mogło jedynie aspirować.
Na scenie prezentowała się jak hollywoodzka diva: długie blond włosy, efektowne suknie, teatralne gesty i głos, który potrafił wypełnić wielką salę.

W prasie nazywano ją „głosem ery atomowej”. Była artystką, która nie chciała wyglądać ani śpiewać jak ktokolwiek inny.
Jednak życie prywatne Villas od początku nie przypominało bajki. W 1955 roku wyszła za Piotra Gospodarka, a rok później urodził się ich syn Krzysztof.
„To przykre rzeczy są. Nie chcę o tym mówić”.
Małżeństwo zakończyło się rozwodem po kilku latach. Później artystka jeszcze dwukrotnie stawała na ślubnym kobiercu, ale żaden z tych związków nie okazał się trwały.
Jej kariera wymagała wyjazdów i wielu miesięcy spędzanych poza domem. Z czasem między matką a synem narastał dystans, a ich relacja stała się jednym z najbardziej bolesnych rozdziałów biografii piosenkarki.

Krzysztof Gospodarek po latach opowiadał o tym, że w ostatnich trzech latach życia matki nie utrzymywali kontaktu. Ostatnia rozmowa odbyła się, gdy Violetta przebywała w szpitalu psychiatrycznym.
„Troszkę mnie to denerwowało, że tam na tym grobie zaczynają czyjeś porządki panować. Że ja nie mogłem utrzymać swojego charakteru tego nagrobka”.
Chciała jak najszybciej wrócić do domu, on natomiast uważał, że powinna pozostać pod opieką lekarzy. Nie była to łatwa sytuacja dla żadnego z nich.
Syn musiał zmierzyć się z bezradnością wobec stanu matki, a artystka — jak wynika z jego relacji — odbierała pewne sprawy inaczej niż on.
Dopiero po jej śmierci Krzysztof znalazł list skierowany do niego. Jak przyznał w niedawnym wywiadzie, ta wiadomość pomogła mu lepiej zrozumieć, dlaczego matka zdecydowała się zerwać kontakt.
Nie ujawnił całej treści dokumentu, zaznaczając, że nie wszystkie rodzinne sprawy chce komentować publicznie.
Kiedy Violetta wycofała się z regularnego życia estradowego, postanowiła wrócić do Lewina Kłodzkiego.

Pod koniec lat 90. zamieszkała w starym domu, który miał stać się jej spokojnym miejscem na kolejne lata.
Chciała żyć z dala od wielkiego miasta, w otoczeniu przyrody i zwierząt. Zawsze czuła do nich szczególną sympatię.
Przyjmowała pod swój dach psy i koty, niejednokrotnie więcej, niż była w stanie samodzielnie utrzymać.
„Teraz tylko się cieszę i podziwiam tych ludzi, że po tylu latach jeszcze tyle tych osób jest. 15 lat minęło, a grób codziennie tonie w kwiatach i zniczach”.
Z czasem sytuacja na posesji stała się poważnym problemem. Dom wymagał opieki, a liczba zwierząt przekraczała możliwości organizacyjne artystki.
W 2008 roku, kiedy Villas trafiła do szpitala, doszło do interwencji gminy i zwierzęta zostały zabrane z posesji.
Jej syn wrócił do tego wydarzenia w najnowszej rozmowie, wyjaśniając, że w ostatnim okresie życia matki skala problemu była już zupełnie inna niż wcześniej.
W 2011 roku miało pozostać tam zaledwie jedno zwierzę albo dwa. Wokół domu i sytuacji piosenkarki narastały wówczas kontrowersje, a media donosiły o jej izolacji od bliskich i złych warunkach życia.
Pojawiały się również pytania o rolę opiekunki, która towarzyszyła jej w ostatnich latach. Sprawą zainteresowały się instytucje, a okoliczności śmierci artystki stały się przedmiotem postępowania.
Gospodarek nie chce jednak dziś wracać do wszystkich szczegółów. W rozmowie podkreślił krótko, że są to dla niego przykre wspomnienia, o których nie chce szerzej mówić.

5 grudnia 2011 roku Violetta Villas zmarła w wieku 73 lat. Jej odejście wstrząsnęło wielbicielami, którzy pamiętali ją jeszcze z czasów największej popularności.
Ostatni publiczny występ dała w lutym tego samego roku w Kielcach, podczas koncertu z okazji 50-lecia działalności artystycznej.
Otrzymała wtedy medal „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”. Był to symboliczny moment: artystka, która kiedyś śpiewała na największych scenach świata, została uhonorowana w kraju, w którym zaczynała swoją drogę.
Kilka miesięcy później już jej nie było. Pochowano ją na Starych Powązkach w Warszawie.
Grób stał się miejscem, do którego do dziś przychodzą wielbiciele. Zostawiają kwiaty, zapalają znicze, przynoszą kartki i drobne pamiątki.
Krzysztof Gospodarek przyznał, że początkowo trudno było mu zaakceptować, iż obcy ludzie zaczynają zmieniać wygląd nagrobka, układać własne dekoracje i decydować, jak ma wyglądać miejsce spoczynku jego matki.
Był to przecież dla niego osobisty, rodzinny punkt pamięci. Z czasem jednak spojrzał na to inaczej. Dziś docenia, że mimo upływu lat tyle osób nadal pamięta o Violetcie Villas i odwiedza jej grób.
Nie każda pamiątka była jednak dla niego do przyjęcia. Szczególnie zapamiętał znicz wykonany na kształt kobiecej głowy, z charakterystycznymi blond włosami i mocnym makijażem, przypominającymi sceniczny wizerunek Villas.
Gospodarek uznał, że taki przedmiot przekracza granicę dobrego smaku i od razu go usunął. Nie chodziło o brak szacunku dla fanów, lecz o potrzebę zachowania pewnej intymności.
Wizerunek matki był przecież dla niego czymś więcej niż rozpoznawalnym fryzjerskim znakiem czy sceniczną maską.
Za burzą loków i efektownymi sukniami kryła się kobieta, z którą łączyła go skomplikowana, bolesna relacja.
I właśnie ten kontrast pozostaje jednym z najmocniejszych elementów historii Violetty Villas. Na scenie była niepowtarzalna, odważna i pełna energii.
W życiu prywatnym doświadczała samotności, problemów rodzinnych i coraz większego oddalenia od świata, który wcześniej ją podziwiał.
Potrafiła zachwycać publiczność, lecz prywatne sprawy nie zawsze układały się po jej myśli. Nie można jednak sprowadzać całej jej biografii do tragicznych ostatnich lat.
Była wokalistką o niezwykłych możliwościach, aktorką, kompozytorką i autorką tekstów. Jej repertuar obejmował wiele gatunków, od popularnych piosenek po repertuar operowy.
Przez lata udowadniała, że nie potrzebuje jednej szufladki, bo potrafi poruszać się między różnymi stylami.
Dziś, gdy zbliża się piętnasta rocznica jej śmierci, wracają nie tylko wspomnienia dawnej sławy, ale również pytania o ostatni etap życia artystki.
Jej syn wciąż nie chce publicznie rozwijać wszystkich bolesnych tematów, ale zdecydował się opowiedzieć o niektórych wydarzeniach, które pomogły mu spojrzeć na przeszłość inaczej.
Odnaleziony list od matki stał się dla niego ważnym wyjaśnieniem wieloletniego milczenia.
Z kolei grób, codziennie odwiedzany przez fanów, pokazuje, że pamięć o Villas nie zniknęła razem z jej odejściem.
Violetta Villas pozostawiła po sobie znacznie więcej niż kilka legendarnych piosenek i charakterystyczny sceniczny wizerunek.
Zostawiła historię kobiety, która zdobyła świat, a później próbowała odnaleźć spokój z dala od reflektorów. Nie wszystkie jej wybory były zrozumiałe dla bliskich, nie wszystkie rodzinne rany udało się zagoić.
Jednak nawet po latach jej nazwisko wywołuje emocje, a ludzie nadal chcą odwiedzać jej grób i zostawiać tam kwiaty.
Może właśnie w tym tkwi paradoks jej losu: im bardziej oddalała się od publiczności pod koniec życia, tym mocniej pamięć o niej została wśród tych, którzy nigdy nie przestali słuchać jej głosu.