31 lat małżeństwa w świecie, w którym związki znanych osób często kończą się szybciej, niż zdążą przyzwyczaić się do nich media.
Beata Ścibakówna i Jan Englert właśnie świętowali kolejną rocznicę ślubu. Aktorka pokazała wspólne zdjęcie z mężem i krótko zapytała: „Kto da więcej?”. Za tym jednym zdaniem kryje się jednak historia, która od początku nie była łatwa.
Poznali się w Akademii Teatralnej w Warszawie. Ona była młodą studentką, on – uznanym aktorem, profesorem i człowiekiem znacznie bardziej doświadczonym.
Dzieliło ich około 25 lat, a sam początek tej relacji budził ogromne zainteresowanie.
To nie była miłość, której wszyscy kibicowali. Kiedy informacja o ich związku zaczęła przedostawać się do opinii publicznej, Beata musiała mierzyć się nie tylko z komentarzami dotyczącymi różnicy wieku.

Pojawiały się również sugestie, że młoda aktorka chce wykorzystać nazwisko Englerta, aby zrobić karierę. Sama później opowiadała, że przez około 15 lat dostawała anonimowe listy.
Niektóre były bardzo nieprzyjemne, a ich autorzy posuwali się nawet do wycinania liter z gazet i układania z nich wiadomości.
Listy przychodziły do teatrów, w których pracowała. Z czasem Beata nauczyła się je rozpoznawać po charakterze pisma na kopercie i po prostu wyrzucała bez otwierania.

Nie pozwoliła jednak, aby cudze opinie zdecydowały o jej życiu. Ścibakówna od początku chciała mieć własną drogę zawodową.
Kiedy wyszła za Englerta, nie przyjęła jego nazwiska. Nie chciała być postrzegana wyłącznie jako żona znanego aktora i reżysera. Sama później tłumaczyła, że zależało jej na tym, aby budować własną karierę i własną tożsamość.

I rzeczywiście – zrobiła to. Beata Ścibakówna ukończyła warszawską szkołę teatralną i związała się z teatrem. Grała m.in. na scenach Teatru Powszechnego i Teatru Narodowego.
Pojawiała się również w filmach i serialach. Jedną z ról, które zapisały się w pamięci widzów, była Zosia w „Panu Tadeuszu” Andrzeja Wajdy.
Jan Englert miał już wtedy za sobą ogromny dorobek. Aktor, reżyser teatralny, pedagog i wieloletnia postać Teatru Narodowego przez dekady należał do najważniejszych ludzi polskiej sceny.

Jego życie zawodowe było niezwykle intensywne, podobnie jak życie Beaty.
Ich małżeństwo nie powstało więc pomiędzy dwojgiem ludzi prowadzących spokojne życie z dala od kamer. Oboje mieli własne ambicje, pracę, środowisko i zawodowe zobowiązania.
Pobrali się 2 września 1995 roku. Pięć lat później urodziła się ich córka Helena. Dziewczynka dorastała w domu, w którym teatr i aktorstwo były codziennością.

Nic dziwnego, że z czasem również wybrała tę drogę. Helena Englert poszła śladami rodziców i rozpoczęła własną karierę aktorską.
Beata przez lata musiała więc odnajdywać się jednocześnie w kilku rolach – aktorki, żony i matki. Jednocześnie nie pozwoliła, by małżeństwo z bardziej doświadczonym i znanym mężem przykryło jej własne nazwisko.
Co ciekawe, sami małżonkowie nigdy nie udawali, że ich wspólne życie jest pozbawione trudniejszych momentów.
Englert po latach mówił, że Beata przyciągnęła go przede wszystkim spokojem.
Z jego perspektywy spotkał ją w momencie życia, kiedy sam przestawał już szukać kolejnych emocji i przestawał się miotać. To właśnie jej opanowanie miało zrobić na nim ogromne wrażenie.
Beata z kolei zwracała uwagę na dojrzałość męża. W jednym z wywiadów mówiła, że ceniła w nim to, iż wie, czego chce, potrafi podejmować decyzje i daje jej poczucie, że może na nim polegać.
Po latach ich relacja zmieniła się, ale nie zniknęła. I właśnie w tym Ścibakówna widzi jeden z powodów, dla których są razem tak długo.
Dzisiaj mija 31 lat od naszego ślubu! Kto da więcej? Zdjęcia @robertwolanski dla @viva_magazyn. A ostatnie z Alhambry z przed tygodnia — napisała.
Kiedyś były motyle w brzuchu. Później przyszła przyjaźń, przywiązanie, troska i zwykła codzienność.
Aktorka opowiadała, że nawet po tylu latach podczas spacerów nadal trzymają się za ręce. Dziś ich uczucie ma być spokojniejsze niż na początku, ale jednocześnie bardziej dojrzałe.
Nie bez znaczenia pozostaje również poczucie humoru. Jan Englert, pytany o wieloletnie małżeństwo, potrafił opowiadać o upływającym czasie z dużym dystansem.
Żartował z wieku, zmian, które przyniosły kolejne lata, i z tego, że oboje przeszli przez wiele różnych etapów.
Bo rzeczywiście – ich związek nie wygląda dziś tak samo jak trzy dekady temu.
W 1995 roku byli młodsi, pełni zawodowych planów, a ich relacja wciąż budziła emocje otoczenia. Później przyszło rodzicielstwo, kolejne role, premiery, podróże, sukcesy i zwyczajne rodzinne życie.
Przez te wszystkie lata musieli nauczyć się funkcjonować nie tylko jako para, ale też jako dwoje niezależnych ludzi.
I być może właśnie to jest odpowiedzią na pytanie, dzięki komu ich związek przetrwał. Nie dzięki jednej osobie.
Beata nie zrezygnowała z siebie dla męża, a Englert nie próbował zrobić z niej dodatku do własnego nazwiska. Oboje pracowali, rozwijali się i mieli swoje zawodowe światy.
Jednocześnie przez lata budowali wspólny dom i rodzinę. W 2025 roku świętowali 30. rocznicę ślubu. Rok później – już 31. Beata z tej okazji opublikowała wspólne zdjęcie i krótkie „Kto da więcej?”.
Bez wielkich deklaracji, bez szczegółowego opisywania prywatnego życia.
To zresztą charakterystyczne dla tej pary. Przez lata nie uczynili ze swojego małżeństwa medialnego spektaklu. Nie musieli regularnie pokazywać wspólnych zdjęć ani opowiadać o każdym etapie związku.
Ich historia zaczęła się w atmosferze komentarzy i niedowierzania. Młoda aktorka i znacznie starszy od niej profesor, potem małżeństwo, córka i kolejne lata wspólnego życia.
Byli oceniani, krytykowani i obserwowani, a mimo to zbudowali relację, która trwa już ponad trzy dekady.
Dzisiaj Beata Ścibakówna i Jan Englert mają za sobą 31 lat małżeństwa. A jeśli wierzyć ich własnym słowom, nie chodziło o to, by przez cały ten czas zatrzymać pierwsze emocje.
Chodziło raczej o to, żeby pozwolić uczuciu zmieniać się razem z nimi.
I może dlatego po tylu latach wciąż mają ochotę iść obok siebie – czasem na wielką premierę, czasem zwyczajnie na spacer, nadal trzymając się za ręce.
Dlaczego Ewa Chodakowska i Lefteris Kavoukis nie mieli dzieci. Cała prawda wyszła na jaw