Śmierć Adriana Szymaniaka zostawiła po sobie ciszę, której nie da się łatwo wypełnić. Dla widzów „Ślubu od pierwszego wejrzenia” był człowiekiem poznanym dzięki telewizji.
Dla Anity był mężem, dla Jerzyka i Bianki tatą, a dla wielu osób z ich otoczenia po prostu Adrianem — przyjacielem, z którym można było zadzwonić, spotkać się, pośmiać i porozmawiać o wszystkim.
Jednym z ludzi, którzy znali go właśnie od tej najbardziej prywatnej strony, był Marcin Wichrowski, uczestnik drugiej edycji programu i ojciec chrzestny córki Adriana, Bianki.
Po jego śmierci napisał słowa, w których nie ma telewizyjnego wizerunku ani wielkich deklaracji. Jest za to człowiek, którego nagle zabrakło w codziennym życiu.
Adrian odszedł 5 września 2026 roku, mając zaledwie 39 lat. Przez ponad rok mierzył się z glejakiem IV stopnia.

Diagnoza pojawiła się w lipcu 2025 roku i od tego momentu jego życie oraz życie całej rodziny zostało podporządkowane leczeniu.
Były operacje, radioterapia, chemioterapia i kolejne próby znalezienia sposobu na zatrzymanie choroby. Anita i Adrian nie zamknęli się wtedy całkowicie przed światem.
Opowiadali o tym, co przeżywają, a wokół nich pojawiły się osoby gotowe pomagać i wspierać ich także finansowo. Mimo wszystko do końca pozostawała nadzieja, że uda się wygrać jeszcze trochę czasu.

Ich historia zaczęła się kilka lat wcześniej i dla wielu osób była jedną z tych, które najbardziej zapadły w pamięć po programie „Ślub od pierwszego wejrzenia”.
Adrian i Anita poznali się w trzeciej edycji formatu w 2018 roku. Mieli spotkać się przed kamerami jako zupełnie obcy sobie ludzie, a z telewizyjnego eksperymentu powstała prawdziwa relacja.
Z czasem stworzyli rodzinę i doczekali się dwojga dzieci — Jerzego i Bianki. Ich życie dawno przestało być telewizyjnym eksperymentem. Stało się zwyczajnym życiem rodziny, z codziennymi obowiązkami, radościami i problemami.
Właśnie dlatego wspomnienie Marcina Wichrowskiego jest tak mocne. Nie pisał o Adrianie jako o uczestniku programu.
Nie wracał do telewizyjnej historii ani do popularności. Pisał o człowieku, którego można było spotkać bez kamer i bez całej otoczki show-biznesu.

Marcin był jedną z osób naprawdę bliskich rodzinie Szymaniaków. Został ojcem chrzestnym Bianki, a za tą decyzją stała rozmowa, którą dziś trudno czytać bez wzruszenia.
Adrian zadzwonił do niego po narodzinach córki. Był szczęśliwy, wzruszony, a jednocześnie miał w głowie coś, co wtedy mogło wydawać się tylko pięknym gestem wobec przyjaciela.
Zapytał Marcina, czy zostanie ojcem chrzestnym dziewczynki. Kiedy usłyszał pytanie, dlaczego właśnie on, odpowiedział, że chciałby mieć pewność, że jeśli kiedyś jego zabraknie, Marcin będzie przy jego córce i pomoże jej pamiętać o wartościach, które chciał jej przekazać.
Wtedy nikt nie wiedział, jak bardzo znaczące okażą się te słowa. Dziś Marcin został z obietnicą, którą złożył przyjacielowi.
I właśnie dlatego jego pożegnanie Adriana nie jest kolejnym internetowym wpisem po śmierci znanej osoby.
Jest prywatną historią dwóch ludzi, którzy przez lata byli sobie bliscy, a jeden z nich nagle musiał nauczyć się żyć bez drugiego.
W swoim wspomnieniu Marcin przyznał, że trudno mu zaakceptować, iż Adriana już nie ma. Brakuje mu nawet drobnych rzeczy — telefonu, spotkania, rozmowy, wspólnego śmiechu.

Zostały przedmioty, które wcześniej były zwyczajne: samochód, buty, koszulka. Teraz przypominają o człowieku, który jeszcze niedawno był obok.
Ale w tym pożegnaniu jest coś jeszcze ważniejszego. Marcin bardzo wyraźnie zaznaczył, że nie chce pamiętać Adriana przez pryzmat ostatnich miesięcy jego życia. Nie chce, żeby choroba stała się najważniejszą częścią jego historii.
Chce pamiętać go takim, jakim był wcześniej. Uśmiechniętym. Swobodnym. Bez dystansu. Człowiekiem, przy którym inni nie musieli zastanawiać się, co wypada powiedzieć albo jak się zachować.
Według Marcina Adrian miał rzadką umiejętność sprawiania, że ludzie szybko czuli się przy nim dobrze. Nie trzeba było niczego udawać. Można było po prostu być sobą.
To właśnie ten obraz Adriana wraca w wielu wspomnieniach po jego śmierci. Przyjaciele mówią o jego poczuciu humoru, energii i pogodzie ducha.
Nawet kiedy sytuacja była naprawdę trudna, potrafił rozładować napięcie żartem.
Choroba zabrała mu zdrowie, siły i kolejne możliwości, ale — jak wynika ze wspomnień jego bliskich — nie odebrała mu charakteru, który sprawiał, że ludzie chcieli być obok niego.
Marcin wspomniał również o tym, że Adrian bardzo kochał życie. To zdanie szczególnie mocno wybrzmiewa dziś, kiedy wiadomo, jak wiele musiał przejść w ostatnim roku.
Nie chodziło jednak o udawanie, że wszystko jest dobrze. Chodziło raczej o to, że nawet w trudnych chwilach Adrian próbował zachować tę część siebie, którą jego bliscy znali od lat — dowcipną, serdeczną i pełną energii.
Ostatnie miesiące jego życia były zupełnie inne od tego, co widzieli widzowie programu. Adrian nie był już przede wszystkim uczestnikiem telewizyjnego eksperymentu.
Był mężem i ojcem, który mierzył się z chorobą, a jednocześnie chciał pozostać obecny w życiu swoich najbliższych. Anita była przy nim podczas leczenia, a rodzina i przyjaciele starali się pomagać na tyle, na ile mogli.
W grudniu 2025 roku Adrian i Anita odnowili swoją przysięgę małżeńską. Dla nich był to ważny moment w czasie, gdy ich życie było już naznaczone chorobą. Później zostało im jeszcze kilka miesięcy wspólnego życia.
9 września odbyło się ostatnie pożegnanie Adriana w Żołędowie. Rodzina od początku prosiła, aby uroczystość pozostała prywatna i odbyła się bez obecności mediów.
Chciała przeżyć ten czas wyłącznie wśród najbliższych, bez kamer i dodatkowego zainteresowania.
Po pogrzebie zaczęły pojawiać się kolejne wspomnienia. Każde z nich pokazuje inną stronę człowieka, którego wielu
Polaków znało tylko z ekranu.
Jedni pamiętają jego poczucie humoru, inni rozmowy, jeszcze inni zwyczajne spotkania, których wtedy nikt nie uważał za coś wyjątkowego. Dziś właśnie takie drobiazgi okazują się najcenniejsze.
W przypadku Marcina Wichrowskiego szczególnie mocno brzmi świadomość, że nie jest już tylko przyjacielem Adriana.
Jest również człowiekiem, któremu Adrian powierzył ważną rolę w życiu swojej córki. Wybór ojca chrzestnego nie był dla niego przypadkowy.
Dziś Marcin wraca do tamtej rozmowy i wie, że słowa przyjaciela stały się zobowiązaniem na całe życie.
Adi… Nie mogę sobie uzmysłowić, że ciebie już nie ma z nami, że nie usłyszę „Dobrze, że jesteś Marcin”. Jeszcze tak niedawno byłeś obok. Mogłem zadzwonić, spotkać się, porozmawiać, pośmiać się…a dzisiaj próbuję znaleźć słowa, które w ogóle mogą opisać to, co czuję. Chodzę z kąta w kąt i ciągle ciekną mi łzy…jest mi tak cholernie smutno. Wszędzie widzę Ciebie…patrząc na Twoje auto, buty czy koszulkę…
Dlatego w jego pożegnaniu nie ma ostatecznego „żegnaj”. Jest raczej próba zachowania Adriana takim, jakim był naprawdę — nie jako człowieka, którego zdefiniowała choroba, lecz jako męża, ojca, przyjaciela i człowieka, który potrafił rozśmieszyć innych nawet wtedy, gdy sam miał powody do łez.
Dla Anity i dzieci zaczyna się teraz najtrudniejszy czas — życie bez człowieka, który jeszcze niedawno był częścią każdego dnia.
Chciałbym pamiętać tylko to:
Jaki Ty byłeś normalny,
Jaki Ty byłeś uśmiechnięty,
Jak przy Tobie zacierały się wszystkie granice.
Nie czuło się do Ciebie dystansu. Nie trzeba było niczego udawać. Przy Tobie można było po prostu być sobą.
Biła od Ciebie po prostu pozytywna energia.
Dla Marcina pozostaje obietnica złożona Adrianowi przy narodzinach Bianki. I wspomnienie przyjaciela, który według jego słów potrafił sprawić, że przy nim znikały wszystkie granice.
Miałeś w sobie coś, co sprawiało, że nawet w trudnych chwilach potrafiłeś rozładować atmosferę, powiedzieć coś zabawnego, rzucić swoim charakterystycznym żartem i sprawić, że na chwilę zapominało się o wszystkim. — napisał.

Adrian Szymaniak miał tylko 39 lat. Zostawił żonę, dwoje dzieci, rodzinę i przyjaciół. Zostawił też coś, czego nie da się zamknąć w jednym telewizyjnym programie ani w historii walki z chorobą.
Dla tych, którzy znali go naprawdę, pozostanie przede wszystkim człowiekiem, przy którym można było się śmiać, rozmawiać i być sobą. I właśnie takiego Adriana Marcin chce zachować w pamięci.