W jej książkach zawsze pachniało herbatą, domowym ciastem i spokojem, który nie był naiwny, lecz wypracowany.
Małgorzata Musierowicz – kobieta, która nauczyła całe pokolenia czytelników, że codzienność może być literaturą, a zwyczajne życie ma w sobie coś głęboko niezwykłego – niedawno skończyła 81 lat.
Dla wielu to tylko liczba. Dla jej czytelników – kolejna kartka w historii osoby, która towarzyszy im od dzieciństwa, dojrzewania aż po dorosłość.
Jej droga do literatury nie zaczęła się od wielkich manifestów ani ambicji zapisanych w zeszycie.
Zaczęła się cicho, naturalnie, jakby pisanie było czymś oczywistym – przedłużeniem wrażliwości, obserwacji i potrzeby opowiadania świata po swojemu. Urodziła się w 1945 roku, w powojennej Polsce, która dopiero uczyła się oddychać po zgliszczach.

Dorastała w Poznaniu – mieście, które później stanie się niemal pełnoprawnym bohaterem jej książek. To właśnie tam nauczyła się patrzeć uważnie: na ludzi, relacje, drobne gesty i codzienne rytuały.
Zanim została pisarką, była ilustratorką. Studiowała grafikę na Państwowej Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych w Poznaniu.
Rysunek był jej pierwszym językiem opowiadania świata. Do dziś to widać w jej prozie – obrazy są precyzyjne, sceny „widzialne”, bohaterowie mają twarze, mieszkania i kuchnie, które czytelnik potrafi sobie dokładnie wyobrazić.

To nie przypadek. Musierowicz zawsze pisała tak, jakby najpierw widziała scenę, a dopiero potem ją opisywała.
Debiutowała w latach 70., ale prawdziwym przełomem okazała się „Jeżycjada” – cykl, który na zawsze wpisał się w historię polskiej literatury.
Początkowo nikt nie przypuszczał, że opowieści o rodzinie Borejków, osadzone w zwykłej kamienicy na poznańskich Jeżycach, staną się literackim domem dla tysięcy czytelników. A jednak – stały się.

Bo Musierowicz nie pisała „dla młodzieży” w uproszczonym sensie. Pisała o relacjach, wartościach, odpowiedzialności, miłości, błędach i dojrzewaniu – bez moralizowania, za to z ogromnym szacunkiem do czytelnika.
Jej książki dorastały razem z odbiorcami. Ci, którzy zaczynali od „Szóstej klepki” czy „Kłamczuchy”, po latach wracali do „Noelki”, „Kalamburki” czy „McDusi”.
To rzadkie w literaturze – autor, który potrafi utrzymać więź z czytelnikiem przez dekady. Musierowicz osiągnęła to dzięki konsekwencji i wierności własnemu światu.

Nigdy nie goniła za modą. Nigdy nie próbowała „unowocześniać się” na siłę. Jej proza zawsze była trochę obok głównego nurtu – i właśnie dlatego przetrwała.
Życie prywatne Małgorzaty Musierowicz pozostawało zawsze w cieniu jej twórczości. Świadomie chroniła swoją prywatność, nie czyniąc z niej tematu medialnego.
Wiadomo, że rodzina była dla niej niezwykle ważna – zarówno ta prawdziwa, jak i ta literacka. Jej córki, również związane ze sztuką i literaturą, przez lata współtworzyły świat „Jeżycjady”, choć każda z nich poszła własną drogą.

Dom, bliskość, rozmowa przy stole – to nie były tylko motywy książkowe, ale realne wartości, którymi żyła.
Z biegiem lat Musierowicz coraz rzadziej pojawiała się publicznie. Wycofała się z życia medialnego, oddając głos książkom.
Dla jednych było to rozczarowanie, dla innych – dowód konsekwencji. Nie potrzebowała już potwierdzeń. Jej miejsce w literaturze było ugruntowane, a relacja z czytelnikiem – trwała i osobista.
Dziś, mając 81 lat, Małgorzata Musierowicz jest postacią niemal symboliczną. Nie tylko pisarką, ale częścią kulturowej pamięci. Jej książki stoją na półkach obok rodzinnych albumów i starych zeszytów.
Są czytane po raz pierwszy i po raz dziesiąty. Towarzyszą kolejnym pokoleniom, choć świat wokół zmienił się nie do poznania.
Gdy przewracamy kolejne strony jej życia, widzimy nie skandal, nie sensację, lecz cichą konsekwencję.
Kobietę, która przez całe życie robiła jedno – opowiadała świat takim, jakim chciałaby, by był: uważnym, ciepłym, pełnym znaczeń.
I może właśnie dlatego, mimo upływu lat, jej książki wciąż brzmią znajomo. Jak głos kogoś, kto zna nas od dawna.