Historia miłości Kory i Kamila Sipowicza nie była opowieścią prostą ani wygodną, raczej przypominała długą, intensywną podróż przez emocje, wolność, bunt i nieustanne poszukiwanie prawdy o sobie, bo Kora – a właściwie Olga Sipowicz, z domu Ostrowska – nigdy nie mieściła się w ramach, także tych narzuconych miłości i małżeństwu.
Urodziła się 8 czerwca 1951 roku w Krakowie i już od wczesnych lat niosła w sobie sprzeczność: ogromną wrażliwość i bezkompromisową siłę, które później stały się znakiem rozpoznawczym jej twórczości i życia.
Zanim pojawił się Sipowicz, była Maanam, była scena, była legenda i była burzliwa relacja z Markiem Jackowskim, współtwórcą zespołu i jej pierwszym mężem, związkiem pełnym namiętności, twórczego napięcia, ale też bólu i chaosu, w którym miłość mieszała się z rywalizacją i uzależnieniem od intensywnych emocji.
Kora nigdy nie udawała, że było idealnie, bo szczerość była dla niej ważniejsza niż dobry wizerunek.
„Ja nie umiem żyć spokojnie, ja żyję prawdziwie” – mówiła, tłumacząc swoje wybory i błędy.

Gdy w jej życiu pojawił się Kamil Sipowicz, filozof, poeta, intelektualista, ich relacja od początku była inna, oparta na rozmowie, wspólnym świecie idei i akceptacji dla wolności, której Kora potrzebowała jak powietrza.

Nie była to jednak miłość wolna od ran, bo jej życie osobiste wciąż nosiło ślady dawnych schematów, a ona sama otwarcie przyznała się do zdrady męża, nie próbując się usprawiedliwiać ani wybielać.

„Zdradziłam, bo byłam pogubiona, bo nie umiałam inaczej” – wyznała po latach, pokazując, że lojalność wobec prawdy bywa trudniejsza niż lojalność wobec ludzi.

To wyznanie wywołało poruszenie, ale dla niej było kolejnym krokiem w stronę życia bez masek.
Z Sipowiczem łączyła ją relacja dojrzała, choć niepozbawiona napięć, bo oboje byli silnymi osobowościami, które musiały nauczyć się współistnieć bez prób dominacji.

Przez lata byli razem bez formalnego małżeństwa, jakby nie potrzebowali pieczęci, by wiedzieć, że są blisko, aż w 2013 roku zdecydowali się na ślub, który był bardziej gestem intymnym niż publicznym wydarzeniem.

W ostatnich latach życia Kory ich więź stała się jeszcze głębsza, gdy artystka zmagała się z chorobą nowotworową, a Sipowicz był przy niej nie jako bohater, lecz jako cichy towarzysz codzienności, wspierający, obecny, wierny.

„Miłość to nie uniesienia, tylko trwanie” – mówiła wtedy, jakby podsumowując całe swoje życie uczuciowe.

Kora odeszła 28 lipca 2018 roku, zostawiając po sobie nie tylko muzykę, która zmieniła polską scenę, ale też świadectwo życia przeżytego bez kompromisów, z odwagą do przyznawania się do błędów i słabości.

Historia jej miłości z Sipowiczem nie jest bajką o idealnym związku, lecz opowieścią o dwojgu ludzi, którzy spotkali się w odpowiednim momencie, by nauczyć się akceptacji, wybaczenia i wspólnego milczenia.
Przewracając kolejne kartki życia Kory, widać wyraźnie, że kochała tak samo, jak śpiewała – intensywnie, bez cenzury, czasem raniąc, ale zawsze prawdziwie, a jej relacja z Sipowiczem była ostatnim, dojrzałym rozdziałem tej niepokornej historii, w której miłość nie była nagrodą, lecz drogą.