Wojciech Pokora należał do tych aktorów, których publiczność kochała natychmiast, choć on sam przez całe życie zmagał się z etykietką ról, jakie przylgnęły do niego na dobre.
Zapisał się w pamięci widzów przede wszystkim jako mistrz komedii i niezapomniany Papkin z filmowej adaptacji „Zemsty”, roli, która przyniosła mu ogromną popularność, ale jednocześnie była dla niego źródłem wewnętrznego rozdźwięku.
Scena była jego prawdziwym powołaniem, miejscem, w którym czuł się spełniony, wolny i potrzebny, nawet jeśli nie zawsze mógł pokazać pełnię swojego talentu tak, jak tego pragnął.
Urodził się 2 stycznia 1934 roku w Warszawie, w mieście, które naznaczyło go wojennym dzieciństwem i powojenną odbudową.
Dorastał w rzeczywistości trudnej, ale kształtującej charakter. Już jako młody chłopak wiedział, że chce być aktorem, choć nie była to droga ani łatwa, ani oczywista.

Studiował w Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej w Warszawie, gdzie szybko zauważono jego niezwykłą zdolność obserwacji ludzi, wyczucie rytmu i komediowy instynkt.
Sam jednak marzył o rolach dramatycznych, o bohaterach z krwi i kości, pełnych sprzeczności i emocjonalnej głębi.

„Aktor nie powinien być tylko śmieszny albo tylko poważny. Człowiek jest zawsze wszystkim naraz” – powtarzał w rozmowach z bliskimi.
Kariera filmowa przyszła dość szybko, ale to teatr był dla Pokory prawdziwym domem.

Przez lata był związany z warszawskimi scenami, gdzie mógł rozwijać się artystycznie bez presji masowej popularności.
Kochał zapach kulis, ciszę przed podniesieniem kurtyny i wspólnotę zespołu.
Koledzy z teatru wspominali go jako człowieka serdecznego, dowcipnego i niezwykle koleżeńskiego, który potrafił rozładować napięcie jednym żartem, ale na scenie był perfekcjonistą.

„Szalenie kochał swój zawód” – mówiono o nim, podkreślając, że nigdy nie traktował aktorstwa jako rzemiosła na pół etatu, lecz jako sens życia.
Największą popularność przyniosły mu role filmowe i telewizyjne, zwłaszcza te komediowe, które widzowie pokochali, a które jemu samemu nie zawsze odpowiadały.
Papkin stał się postacią kultową, ale Pokora miał do niej ambiwalentny stosunek.
Czuł, że publiczność widzi w nim przede wszystkim błazna, podczas gdy on nosił w sobie znacznie więcej.

„Śmieszność bywa pułapką. Ludzie się śmieją, ale nie zawsze chcą zobaczyć, co jest pod spodem” – mówił, nie kryjąc, że marzył o rolach bardziej wymagających psychologicznie.
Mimo to nigdy nie okazywał pogardy wobec widzów ani wobec ról, które dały mu rozpoznawalność. Traktował je jako część drogi, nie jako jej definicję.
Jego życie prywatne było spokojniejsze niż scena, choć nie pozbawione refleksji i samotności.
Pokora nie należał do aktorów, którzy epatowali swoją prywatnością. Cenił domowe zacisze, rozmowy z przyjaciółmi i zwykłe, codzienne rytuały.

Był człowiekiem lojalnym, przywiązanym do ludzi, z którymi pracował, i bardzo wrażliwym na ludzkie słabości.
W środowisku aktorskim uchodził za osobę, na którą zawsze można było liczyć – bez gwiazdorskich fochów, bez wywyższania się.
Humor był jego tarczą i sposobem radzenia sobie z trudniejszymi momentami.
„Śmiech pomaga przeżyć nawet wtedy, gdy w środku wcale nie jest wesoło” – przyznawał z charakterystyczną szczerością.
Z biegiem lat coraz bardziej oddalał się od kamer, pozostając wierny teatrowi, który dawał mu poczucie sensu i kontaktu z żywym widzem.
Nawet gdy zdrowie zaczęło odmawiać posłuszeństwa, nie tracił pogody ducha ani ciekawości świata. Do końca pozostał aktorem z krwi i kości, człowiekiem, który potrzebował sceny tak samo jak oddechu.
Zmarł 4 lutego 2018 roku, zostawiając po sobie nie tylko role zapisane na taśmie filmowej, ale też pamięć o kimś, kto traktował swój zawód z niezwykłym oddaniem.
Przewracając kolejne kartki życia Wojciecha Pokory, widać wyraźnie, że był kimś więcej niż zestawem komediowych kreacji.
Był aktorem niespełnionych marzeń dramatycznych, ale spełnionej pasji, człowiekiem, który kochał scenę bezwarunkowo, nawet jeśli ona nie zawsze odwzajemniała tę miłość tak, jakby chciał.
Pozostał w pamięci widzów jako artysta ciepły, dowcipny i prawdziwy – taki, który śmiechem potrafił opowiadać o sprawach bardzo poważnych.