W historii Anna German jest cisza stepów Azji Środkowej, światła festiwalowych scen i dramat, który mógł zakończyć wszystko zbyt wcześnie.
Ale jest też dalszy ciąg – zapisany już nie jej głosem, lecz życiem jej syna.
Zbigniew Tucholski był wielką miłością artystki, a ich jedyny syn, Zbigniew Tucholski Jr., stał się najcichszym strażnikiem jej pamięci.
I choć wiele osób zastanawiało się, czy „poszedł w ślady ojca”, jego droga jest przede wszystkim opowieścią o odpowiedzialności i lojalności wobec rodzinnego dziedzictwa.
Anna German – urodzona w 1936 roku, wychowana w Uzbekistanie, a później związana z Polską – była artystką, której głos rozpoznawano od Moskwy po Warszawę.

Jej „Tańczące Eurydyki” przeszły do historii polskiej piosenki. W latach 60. śpiewała na festiwalach we Włoszech, w ZSRR, w Polsce.
Gdy w 1967 roku uległa poważnemu wypadkowi samochodowemu we Włoszech, lekarze nie dawali jej wielkich szans.

Przeżyła, wróciła na scenę, a w 1975 roku urodziła syna. „Dziecko to największy cud mojego życia” – mówiła w wywiadach, podkreślając, że macierzyństwo przyszło do niej późno, ale w najważniejszym momencie.
Zbigniew junior dorastał w cieniu wielkiego nazwiska, ale też w cieniu choroby matki. Anna German zmagała się z nowotworem kości.
Zmarła w 1982 roku, gdy jej syn miał zaledwie siedem lat. To doświadczenie ukształtowało go na zawsze.

Wychowywany przez ojca, Zbigniewa Tucholskiego – z wykształcenia inżyniera – wyrastał w domu, w którym pamięć o matce była żywa, ale nie nachalna.
I rzeczywiście, syn poszedł w ślady ojca – wybrał drogę techniczną. Został naukowcem i specjalistą w dziedzinie techniki, związał się z pracą akademicką.
Nie wybrał sceny, nie próbował śpiewać, nie szukał reflektorów. Jego świat to laboratoria, wykłady, badania.

To decyzja świadoma. W wywiadach podkreślał, że nigdy nie czuł potrzeby konkurowania z legendą matki. „Mama była artystką. Ja mam inny temperament, inne powołanie” – mówił spokojnie.
Jednocześnie nie odcina się od jej dziedzictwa. Przeciwnie – dba o jej pamięć, uczestniczy w wydarzeniach upamiętniających jej twórczość, wspiera inicjatywy związane z jej dorobkiem.
W jego wypowiedziach nie ma patosu, jest raczej czułość i szacunek. „Chciałbym, żeby była pamiętana nie tylko jako wielka gwiazda, ale jako dobra, ciepła osoba” – podkreślał.
Atmosfera jego życia jest zupełnie inna niż ta, którą znała publiczność jego matki. Nie ma w niej oklasków ani bisów.

Jest codzienność – praca, rodzina, odpowiedzialność. Zbigniew junior założył własną rodzinę, a prywatność traktuje jako wartość. Nie epatuje życiem osobistym, nie buduje medialnego wizerunku.
Być może właśnie dlatego wzbudza szacunek – nie korzysta z nazwiska jako przepustki, lecz jako zobowiązania.
Kiedy przewracamy kolejne „strony” tej historii, widzimy wyraźny kontrast: matka – głos epoki, scena, międzynarodowa sława; syn – nauka, technika, spokój. A jednak łączy ich coś głębszego niż zawód.

To wrażliwość i konsekwencja. Anna German, mimo dramatów, zawsze wracała do ludzi z piosenką. Jej syn wraca do niej pamięcią – bez rozgłosu, ale z oddaniem.
Można powiedzieć, że poszedł w ślady ojca, wybierając świat inżynierii i nauki. Ale jednocześnie idzie własną drogą.
I choć nie śpiewa jak jego matka, w pewnym sensie kontynuuje jej historię – dbając o to, by jej głos nie zamilkł w zbiorowej pamięci.
W ciszy laboratoriów i w skupieniu akademickich sal brzmi inny rodzaj muzyki – muzyki odpowiedzialności za przeszłość i uczciwości wobec samego siebie.
Edyta Folwarska potwierdziła związek z Maciejem Pelą. W sieci aż huczy od plotek o ich związku