Są takie historie, które zaczynają się zupełnie zwyczajnie — od spojrzenia, od rozmowy, od chwili, której nikt nie planował, a która zmienia całe życie.
Opowieść Włodzimierza Pressa ma właśnie taki początek — cichy, niemal niezauważalny, a jednak przełomowy.
Urodzony 13 maja 1940 roku we Lwowie, dorastał w świecie naznaczonym historią i zmianami, które uczyły wrażliwości oraz uważności na drugiego człowieka.
Zanim trafił na plan filmowy, przeszedł drogę przez studia aktorskie w Warszawie i pierwsze role teatralne, gdzie uczył się nie tylko zawodu, ale też pokory wobec sceny i widza.
„Aktorstwo to nie jest udawanie — to jest szukanie prawdy w sobie” — te słowa mogłyby oddać jego podejście do pracy, które od początku było głębsze niż tylko odgrywanie ról.

Prawdziwą rozpoznawalność przyniosła mu rola Grigorija Saakaszwilego w kultowym serialu Czterej pancerni i pies.
To właśnie tam widzowie zobaczyli w nim coś więcej niż aktora — zobaczyli człowieka z charakterem, z wyrazistą osobowością, który potrafił nadać swojej postaci autentyczność i serce.

Serial stał się fenomenem, a jego bohater zapisał się w pamięci całych pokoleń.
Jednak dla samego Pressa plan zdjęciowy był czymś więcej niż tylko miejscem pracy. To tam wydarzyło się coś, co zaważyło na całym jego życiu.

To właśnie podczas pracy przy „Czterech pancernych” poznał kobietę, która stała się jego największą rolą — nie na ekranie, lecz w życiu.
Ich spotkanie nie miało w sobie nic spektakularnego, żadnych wielkich gestów ani dramatycznych scen. Było naturalne, spokojne, jakby od początku wpisane w ich los.
A jednak to właśnie ta zwyczajność okazała się najtrwalsza. Z czasem znajomość przerodziła się w uczucie, które nie tylko przetrwało próbę czasu, ale z każdym rokiem stawało się silniejsze.

Dziś są razem już prawie sześćdziesiąt lat — liczba, która w dzisiejszym świecie brzmi niemal niewiarygodnie.
Ich małżeństwo nie jest historią bez problemów, bo takie nie istnieją. Jest historią wytrwałości, wzajemnego szacunku i codziennego wyboru bycia razem.

„Miłość nie polega na tym, że wszystko jest łatwe. Polega na tym, że mimo trudności chcesz zostać” — mógłby powiedzieć, patrząc na swoją wspólną drogę z żoną.
W jego życiu zawodowym nie brakowało wyzwań. Po sukcesie serialu nie zamknął się w jednej roli, lecz rozwijał swoją karierę zarówno w teatrze, jak i w filmie oraz dubbingu.
Jego głos stał się rozpoznawalny, a sposób gry — charakterystyczny, ale zawsze prawdziwy.

Nie szukał taniej popularności, nie gonił za sensacją. Był aktorem starej szkoły, dla którego najważniejsza była jakość, a nie rozgłos.
A jednak, gdyby zapytać go dziś, co uważa za swoje największe osiągnięcie, odpowiedź prawdopodobnie nie dotyczyłaby żadnej roli.
„Najważniejsze jest to, że mam do kogo wracać” — te słowa najlepiej oddają sens jego życia poza sceną.
Bo choć widzowie zapamiętali go jako Saakaszwilego, on sam wie, że prawdziwe życie toczy się gdzie indziej — w domu, w rozmowach, w ciszy dzielonej z kimś bliskim.
Ich miłość nie potrzebuje potwierdzeń ani deklaracji. Nie musi być widoczna dla świata, żeby była prawdziwa.
Przetrwała zmieniające się czasy, różne etapy życia, momenty radości i chwile zwątpienia.
I może właśnie dlatego dziś kwitnie jeszcze bardziej — bo jest dojrzała, spokojna, pozbawiona złudzeń, a jednocześnie pełna ciepła.
Historia Włodzimierza Pressa to nie tylko opowieść o aktorze, którego pokochały miliony.
To przede wszystkim historia człowieka, który odnalazł w życiu coś znacznie cenniejszego niż sława. Coś, co nie przemija wraz z końcem serialu ani zgaszeniem świateł na planie.
Bo są role, które się kończą. I są takie, które trwają całe życie.