Przez niemal dwie dekady trzymał się z dala od planów filmowych. Marek Kondrat świadomie zrezygnował z aktorstwa, choć należał do najbardziej cenionych polskich artystów.
Zamiast kolejnych scenariuszy wybrał wino, własne przedsięwzięcia i spokojniejsze życie z dala od show-biznesu.
Dlatego wiadomość, że zagra Ignacego Rzeckiego w nowej filmowej adaptacji „Lalki”, zaskoczyła nawet tych, którzy od lat czekali na jego powrót.
Co sprawiło, że zmienił zdanie? Nie chodziło wyłącznie o atrakcyjną propozycję czy możliwość ponownego spotkania z kamerą.
Zadecydowały sentyment do jednej z najważniejszych polskich powieści, rodzinne wspomnienia i historia, która niespodziewanie połączyła jego życie z literackim światem Bolesława Prusa.

„Właściwie nie ma argumentów przeciw” — tak Kondrat podsumował moment, w którym zrozumiał, że tym razem warto wrócić.
Kondrat nie jest aktorem, który przez lata zabiegał o zainteresowanie mediów. Urodził się 18 października 1950 roku w Krakowie, w rodzinie o aktorskich tradycjach.
Jego ojciec, Tadeusz Kondrat, również występował na scenie i przed kamerą. Marek bardzo wcześnie poznał więc świat teatru i filmu, choć jako dziecko nie mógł jeszcze wiedzieć, jak mocno zwiąże z nim całe swoje życie.
Na ekranie zadebiutował już w dzieciństwie, w filmie „Historia żółtej ciżemki”. Później ukończył warszawską Państwową Wyższą Szkołę Teatralną i konsekwentnie budował własną pozycję w zawodzie.
Nie był jedynie synem aktora. Z czasem stał się jednym z tych artystów, których role potrafiły zapaść w pamięć na długie lata.
Przełomem w jego karierze była rola w „Zaklętych rewirach” z 1975 roku. Kondrat pokazał w niej, że potrafi stworzyć bohatera pełnego sprzeczności, a zarazem bardzo prawdziwego.

Później przyszły kolejne ważne produkcje, między innymi „Psy”, „Ekstradycja” i „Dzień świra”.
W filmach Marka Koterskiego potrafił oddać frustrację, niepewność i zagubienie człowieka, który nie umie odnaleźć się w otaczającej rzeczywistości.
Widzowie cenili go za precyzję, inteligencję i dystans, z jakim podchodził do odgrywanych postaci. Nie potrzebował głośnego wizerunku ani regularnych wizyt na czerwonych dywanach. Wystarczyły role.
W pewnym momencie jednak poczuł, że aktorstwo przestało dawać mu to, czego wcześniej od niego oczekiwał. W 2007 roku ogłosił zakończenie kariery.
Dla wielu fanów była to trudna do zrozumienia decyzja. Dlaczego człowiek, który miał za sobą tak imponujący dorobek, dobrowolnie rezygnuje z pracy, o której inni marzą?
Kondrat nie chciał jednak pozostawać w zawodzie tylko dlatego, że publiczność przyzwyczaiła się do jego obecności. Zdecydował, że nadszedł czas na inne życie.
Choć później pojawił się jeszcze w niewielkiej roli w filmie „Mała matura 1947” z 2010 roku, nie oznaczało to powrotu do regularnego grania.

Zamiast filmowych planów pojawiły się wina, podróże i działalność biznesowa. Kondrat od dawna interesował się tym trunkiem, a z czasem pasja stała się jego drugim zawodowym światem.
Prowadził działalność związaną z winami, rozwijał własną markę i poświęcał czas na poznawanie nowych szczepów oraz regionów winiarskich.
To zajęcie dawało mu coś, czego brakowało mu w aktorstwie: możliwość samodzielnego decydowania o rytmie dnia.
Nie musiał czekać na telefon od producenta ani podporządkowywać się wielomiesięcznemu harmonogramowi zdjęć. Mógł wybierać, gdzie chce być i czym chce się zajmować.
W życiu prywatnym również rozpoczął nowy etap. W 2015 roku poślubił Antoninę Turnau, córkę muzyka Grzegorza Turnaua. Dzieli ich 38 lat, co przez długi czas było przedmiotem komentarzy.
Sami małżonkowie nie uczynili jednak ze swojego związku medialnego widowiska. Rzadko pokazują się razem publicznie i konsekwentnie chronią prywatność.
W 2018 roku urodziła się ich córka Helena. Kondrat, który wcześniej wychowywał dwóch synów z pierwszego małżeństwa, ponownie został ojcem po wielu latach.
Przyznawał, że późne ojcostwo przyniosło mu zupełnie nowe doświadczenia i zmieniło jego spojrzenie na codzienność.
Z Antoniną i córką przez lata mieszkał w Hiszpanii, z dala od warszawskiego środowiska filmowego.
To właśnie taki rytm życia wybrał po odejściu z aktorstwa: mniej obowiązków publicznych, więcej czasu dla rodziny i przestrzeni na własne zainteresowania. Nie ukrywał, że nie tęskni za ciągłym zainteresowaniem mediów.
Dla wielu osób jego decyzja była niezrozumiała, ale on sam mówił o niej bez żalu. Kiedy inni zastanawiali się, czy jeszcze kiedyś wróci na ekran, Kondrat zdawał się być zadowolony z tego, co wybrał.
Oferta zagrania Ignacego Rzeckiego zmieniła jednak perspektywę. Producent Radosław Drabik nie był mu wcześniej bliskim znajomym, ale potrafił przekonać go do projektu.

Kondrat docenił jego zaangażowanie i konsekwencję, a następnie zaczął dostrzegać, że propozycja ma głębsze znaczenie.
Nie chodziło tylko o kolejną rolę. „Lalka” od dawna zajmowała szczególne miejsce w jego życiu.
Aktor uważa powieść Prusa za jedno z najwybitniejszych dzieł polskiej literatury, a sama historia towarzyszyła mu od dzieciństwa.
W jego domu przewijali się aktorzy związani z wcześniejszymi ekranizacjami, więc książka nie była jedynie szkolną lekturą. Stanowiła część rodzinnych wspomnień.
Najmocniejszy okazał się jednak związek tej produkcji z jego ojcem. Tadeusz Kondrat wystąpił w ekranizacji „Lalki” w reżyserii Wojciecha Jerzego Hasa z 1968 roku.
Wcielił się w Szlangbauma. Gdy Marek rozważał przyjęcie propozycji zagrania Rzeckiego, uświadomił sobie, że ojciec miał wówczas 60 lat — był młodszy niż on sam w chwili podejmowania decyzji o powrocie.
Ten szczegół okazał się dla niego niezwykle osobisty. Nagle projekt filmowy połączył się z pamięcią o ojcu, dawną wersją „Lalki” i całym światem, który towarzyszył mu od dzieciństwa.
Kondrat przyznał, że dopiero kiedy wszystkie te elementy zaczęły układać się w jedną historię, zniknęły jego wątpliwości.
Była w tym miłość do literatury, sentyment do rodzinnej przeszłości i świadomość, że niektóre propozycje trafiają do człowieka tylko raz.

Nie oznacza to jednak, że aktor zamierza wrócić do dawnego trybu pracy. Jego udział w filmie jest raczej szczególnym wyjątkiem niż zapowiedzią kolejnych projektów.
Sam wcześniej wielokrotnie podkreślał, że decyzję o odejściu podjął świadomie i nie żałuje wybranej drogi.
W nowej „Lalce” wcielił się w Ignacego Rzeckiego, starego subiekta, który pozostaje wierny własnym przekonaniom i wspomnieniom, nawet gdy rzeczywistość wokół niego coraz bardziej się zmienia.
To postać szczególna: człowiek żyjący przeszłością, a jednocześnie próbujący odnaleźć się w świecie, który idzie naprzód.
Trudno nie dostrzec, że wybór tej roli ma dla Kondrata dodatkowy wymiar. Po latach nieobecności wrócił do zawodu, z którym rozstał się na własnych warunkach, właśnie po to, by zagrać bohatera ukształtowanego przez pamięć, lojalność i przemijanie.
W tym czasie wokół „Lalki” pojawiło się wiele dyskusji. Powieść doczekała się w 2026 roku nowych ekranizacji: filmowej oraz serialowej.
Obie wzbudziły zainteresowanie, choć różniły się obsadą i sposobem interpretacji klasycznego tekstu.
Kondrat nie ukrywał, że dla niego najważniejsza była konkretna propozycja filmowa i możliwość spotkania z postacią Rzeckiego.
Nie wrócił po to, by udowodnić, że nadal potrafi grać, ani po to, by odzyskać dawną popularność. Wrócił, ponieważ w tej jednej historii zobaczył sens, którego nie odnalazł w innych ofertach.
Marek Kondrat ma dziś 75 lat i za sobą życie, które składa się z kilku wyraźnych etapów: dziecięcych początków w kinie, wielkich ról, decyzji o odejściu od aktorstwa, winiarskiej działalności oraz rodzinnego życia z dala od polskiego show-biznesu.
Wychował dwóch synów, a po latach doczekał się córki. Zawodowo osiągnął bardzo wiele, ale nie uznał, że musi pozostać w zawodzie do końca tylko dlatego, że jest w nim ceniony. Potrafił odejść i przez lata nie oglądać się za siebie.
Dlatego jego powrót do „Lalki” nie wygląda jak próba odwrócenia dawnej decyzji. To raczej spotkanie z historią, która od zawsze była mu bliska, oraz z pamięcią o ojcu, którego ślady niespodziewanie odnalazł w tym samym literackim świecie.
Czasem potrzeba naprawdę wyjątkowego powodu, by wrócić do czegoś, co kiedyś świadomie się porzuciło.
W przypadku Marka Kondrata tym powodem okazała się powieść, którą nosił w sobie od lat, i rola, która połączyła jego własną biografię z historią rodziny.
Nie wrócił do aktorstwa dlatego, że zatęsknił za sławą. Wrócił, bo tym razem ta historia była po prostu jego własna.