Nie przypuszczała, że zwykła rozmowa po próbie festiwalowej zostanie z nią na tak długo.
21 sierpnia 2025 roku Ania Rusowicz spotkała Stanisława Soykę w Operze Leśnej w Sopocie.
Znali się od lat, mijali na koncertach i festiwalach, ale zazwyczaj brakowało im czasu na coś więcej niż kilka zdawkowych zdań.
Tym razem było inaczej. Usiedli i zaczęli rozmawiać o muzyce, przemijaniu, kondycji branży oraz o tym, czy wciąż warto wychodzić na scenę.
Kilka godzin później Soyka już nie żył. Dziś wokalistka przyznaje, że tamto spotkanie odbiera jako możliwe pożegnanie.

Wspomnienie Ani Rusowicz znalazło się w biografii Stanisława Soyki „Życie to krótki sen”, napisanej przez Beatę Biały.
Artystka opowiedziała w niej o rozmowie, która początkowo nie zapowiadała niczego niezwykłego. Po próbie oboje znaleźli chwilę dla siebie.
Nie rozmawiali o repertuarze ani o przygotowaniach do występu. Soyka zapytał Anię, jak ocenia współczesną muzykę i co sądzi o kierunku, w którym zmienia się cała branża.
Zastanawiał się, czy dobre piosenki i mądre teksty wciąż mają dla odbiorców znaczenie. Mówił o świecie, w którym coraz mniej osób naprawdę wsłuchuje się w słowa.

Nie był to jednak atak na młodych artystów ani narzekanie na nowe pokolenie. Bardziej osobista refleksja człowieka, który przez dekady obserwował muzykę i sam miał ogromny wpływ na jej rozwój.
W pewnym momencie Soyka wyznał, że nie jest pewien, czy nadal chce koncertować. Rusowicz próbowała przekonać go, że jego twórczość wciąż jest potrzebna.
Przypominała, że młodzi muzycy patrzą na niego jak na ważny punkt odniesienia. On odpowiedział, że tego dnia wyjątkowo nie ma ochoty wychodzić na scenę.
Wspominała później, że w jego głosie słyszała smutek, ale nie dostrzegła dramatyzmu. Był spokojny, jakby patrzył na wszystko z pewnego dystansu.

Dopiero wiadomość o śmierci artysty sprawiła, że tamte słowa nabrały dla niej zupełnie innego znaczenia.
Soyka zmarł 21 sierpnia 2025 roku, w dniu, w którym miał wystąpić podczas finału Top of the Top Sopot Festival. Informacja dotarła do artystów i publiczności zgromadzonych w Operze Leśnej.
Planowany koncert nie odbył się. Rusowicz nie ukrywa dziś, że wraca myślami do tamtej rozmowy.

Nie twierdzi, że muzyk przeczuwał nadchodzącą śmierć, ale ma osobiste poczucie, że w jakiś sposób się z nią żegnał.
Ta historia porusza również dlatego, że Ania Rusowicz sama dobrze zna ciężar wspomnień i znaczenie muzyki w życiu człowieka.
Urodziła się 28 marca 1983 roku w rodzinie, w której scena i piosenki były codziennością.
Jej matką była Ada Rusowicz, jedna z najbardziej rozpoznawalnych wokalistek polskiego bigbitu, a ojcem Wojciech Korda, muzyk związany z zespołem Niebiesko-Czarni.
W dzieciństwie Ania miała więc blisko do świata, który później stał się jej zawodowym wyborem. Los nie pozwolił jej jednak dorastać w spokojnej, pełnej rodzinie.

Kiedy miała zaledwie siedem lat, jej matka zginęła w wypadku samochodowym. Po tragedii dziewczynka trafiła pod opiekę siostry Ady, Krystyny, i jej męża.
Starszy brat Bartłomiej pozostał z ojcem. To wydarzenie naznaczyło dzieciństwo Ani i miało wpływ na jej późniejsze poszukiwanie własnej tożsamości.
Z czasem przyjęła nazwisko matki, rezygnując z nazwiska Kędziora, którym posługiwał się jej ojciec.
Przez wiele lat nie chciała po prostu korzystać z muzycznego dziedzictwa rodziców. Musiała najpierw znaleźć własne miejsce i zrozumieć, kim jest poza historią znanych artystów.
Zanim na dobre weszła do branży muzycznej, studiowała farmację, a później psychologię na Uniwersytecie Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy.
Jak opowiadała w wywiadach, zainteresowanie psychologią wiązało się również z jej osobistymi doświadczeniami i próbą uporządkowania trudnych przeżyć.
Muzyczną drogę rozpoczęła od zespołu Dezire, z którym występowała w latach 2005–2007.
Później współtworzyła grupę IKA, a w jej życiu coraz ważniejszą rolę odgrywał Hubert Gasiul — perkusista, którego poznała właśnie podczas pracy w zespole.
W 2011 roku zdecydowała się na solowy debiut. Wystąpiła wtedy na festiwalu w Opolu, wykonując piosenki swojej matki, a kilka miesięcy później wydała album „Mój Big-Bit”.
Początek kariery solowej był dla niej czymś znacznie więcej niż próbą przypomnienia dawnych przebojów. Rusowicz chciała przywrócić zainteresowanie muzyką lat 60. i pokazać ją nowej publiczności.
Jej styl wyróżniały retro ubrania, charakterystyczna fryzura, mocne brzmienie i inspiracje rock’n’rollem.
Podobieństwo do Ady Rusowicz było widoczne, ale Ania nie zamierzała przez całe życie pozostawać jedynie wykonawczynią repertuaru matki.
Potwierdziła to kolejnymi płytami. „Genesis” z 2013 roku przyniósł autorski materiał i bardziej psychodeliczne, bluesrockowe brzmienie.
Później ukazały się między innymi „Retronarodzenie” i „Przebudzenie”. W 2012 roku za album „Mój Big-Bit” otrzymała cztery Fryderyki.
Z czasem rozwijała także projekt niXes, w którym mogła eksperymentować z elektroniką i rockiem.
Jej kariera nie była więc prostym powrotem do przeszłości, lecz próbą połączenia rodzinnych korzeni z własnym językiem muzycznym.
Życie prywatne również nie oszczędzało artystki. Z Hubertem Gasiulem była związana przez kilkanaście lat.
Wspólnie występowali, pracowali nad muzyką i wychowywali syna Tytusa, który przyszedł na świat w 2017 roku. Ich małżeństwo zakończyło się rozwodem.
W 2024 roku Rusowicz zdecydowała się opowiedzieć publicznie o przyczynach rozstania, przyznając, że mąż odszedł do innej kobiety.
Nie ukrywała, że był to dla niej bolesny czas, tym bardziej że wkrótce po rozpadzie związku musiała pożegnać również ojca, Wojciecha Kordę, który zmarł w październiku 2023 roku.
W ostatnich latach Ania coraz otwarciej mówiła o samotności, trudnych doświadczeniach i próbie odzyskania równowagi.
Nie przedstawiała swojego życia jako historii bez skazy. W wywiadach przyznawała, że niektóre wydarzenia wymagały od niej długiego czasu, by mogła je zrozumieć i zaakceptować.
Macierzyństwo, rozpad małżeństwa i skomplikowana relacja z ojcem stały się częścią jej osobistej historii, ale nie zdominowały tego, co robi zawodowo.
Dlatego wspomnienie Stanisława Soyki wydaje się dla niej czymś więcej niż opowieścią o spotkaniu dwóch muzyków.
W tamtej rozmowie artysta pokazał jej swoją mniej znaną stronę — człowieka zmęczonego, pełnego pytań i zastanawiającego się nad sensem dalszego występowania.
Ona zaś dała mu czas i uwagę, których wcześniej często brakowało podczas festiwalowych spotkań.
Po jego śmierci Rusowicz nie spieszyła się z opowiadaniem tej historii mediom. Najpierw musiała sama ją przeżyć i poukładać.
„Zapytał mnie: 'A co ty myślisz o współczesnej muzyce? Jak z twojej perspektywy wygląda dzisiaj ta branża?’. Mówił, że dobre piosenki jakby przestały być potrzebne, mądre teksty nie są już w cenie, odbiorcy coraz rzadziej naprawdę słuchają słów. Nie obrażał się na nowe czasy” – opisała Rusowicz.
Dziś mówi, że ma poczucie, iż Soyka w pewien sposób się z nią żegnał, choć nie potrafi tego udowodnić.
’Staszek, ale twoich piosenek słuchają’. A on: 'Wiesz, bo ja się zastanawiam, czy jest jeszcze sens grania koncertów’. Odparłam, że nie może tak po prostu zejść ze sceny. Że dla młodszych artystów jest drogowskazem. Jeśli on uzna, że to wszystko nie ma już sensu, co mają zrobić oni? Powiedział: 'No dobrze. Skoro tak mówisz, to jeszcze trochę tych koncertów pogram'” – dodała.
I właśnie w tym tkwi siła jej wspomnienia: nie ma w nim sensacyjnej tajemnicy ani pewności, której nikt nie może mieć.
„Tak mi się nie chce wychodzić na tę scenę dzisiaj. Tak mi się nie chce” – wspomniała jego słowa Ania.
Jest za to obraz dwóch artystów siedzących po próbie, rozmawiających o muzyce i życiu. Spotkanie, które miało być jednym z wielu, okazało się ostatnim.
„Był tego dnia bardzo spokojny. I smutny. Nie było w nim żadnego dramatyzmu. Raczej coś cichego, jakby patrzył na pewne rzeczy z większego oddalenia” – czytamy jej słowa.
„On miał czas dla mnie, ja dla niego. I zamiast porozmawiać o koncercie, o tym, co kto śpiewa, zaczęliśmy rozmawiać o życiu. O świecie. O sensie tworzenia. O tym, że może już nie chce grać. O naturze rzeczy. Wiedziałam, co mi powiedział. I dzisiaj mam takie poczucie, choć nie potrafię go udowodnić, że on się wtedy ze mną żegnał” – wspomniała
Anna Dymna jest matką chrzestną Heleny Englert. Jakie relacje łączą te dwie znane kobiety