Anna Dymna od lat jest jedną z tych aktorek, których nie trzeba nikomu przedstawiać. Widzowie pamiętają ją z „Nie ma mocnych”, „Kochaj albo rzuć”, „Znachora” czy „Trędowatej”.
Na scenie stworzyła dziesiątki wyrazistych kreacji, a poza teatrem od ponad dwóch dekad angażuje się w pomoc osobom z niepełnosprawnościami.
Rzadziej opowiada o swoim życiu prywatnym, dlatego jej ostatnie wyznanie na temat Heleny Englert przyciągnęło tak dużą uwagę.
Okazało się, że znana aktorka jest matką chrzestną córki Jana Englerta i Beaty Ścibakówny.
Dziś obie kobiety nie widują się często, a Dymna nie ukrywa, że ma z tego powodu wyrzuty sumienia. Mimo rzadszego kontaktu mówi o swojej chrześnicy z ogromną sympatią i podziwem.

W rozmowie z Kubą Śliwińskim w podcaście „Co u nich słychać?” Anna Dymna została zapytana o Helenę Englert, która obecnie rozwija karierę aktorską i występuje w programie „Taniec z Gwiazdami”.
Aktorka od razu zareagowała ciepło, nazywając ją „cudem”. Potem wyjaśniła, że jest jej matką chrzestną i przyznała, że chciałaby częściej mieć z nią kontakt.
Jak wspominała, kiedy Helena była mała, łatwiej było znaleźć czas na spotkania. Dorosłość, obowiązki i zawodowe drogi sprawiły jednak, że ich relacja nie jest dziś tak regularna, jak dawniej.

Nie oznacza to rodzinnego konfliktu. Już kilka lat wcześniej sama Helena mówiła publicznie, że nie utrzymuje z chrzestną częstego kontaktu.
W podcaście Kuby Wojewódzkiego i Piotra Kędzierskiego wspominała, że ostatni raz widziała Annę Dymną w 2018 roku, przypadkiem, na wystawie.
Jednocześnie zaznaczała, że nie wynikało to z żadnej niechęci. Pamiętała za to, że w dzieciństwie aktorka co roku przysyłała jej z Krakowa piękne porcelanowe filiżanki na urodziny.

Ten szczegół pokazuje, że choć dziś ich drogi rzadziej się przecinają, Helena nie zapomniała o gestach, które towarzyszyły jej dzieciństwu.
Anna Dymna zna rodzinę Englertów od wielu lat. Z Janem Englertem łączy ją zawodowa znajomość i przyjaźń, a Beatę Ścibakównę również darzy sympatią.
Nie mam kiedy tego oglądać. Kiedyś widziałam, ale teraz nie wiem, co się dzieje – wyznała.
W najnowszej rozmowie nie szczędziła Janowi ciepłych słów. Nazwała go jednym z najmądrzejszych ludzi, jakich zna, i podkreślała, że przez lata wiele się od niego nauczyła.
Z uznaniem mówiła także o całej rodzinie i zapewniała, że kibicuje Helenie.

Wspomniała również moment, w którym po raz pierwszy zobaczyła swoją chrześnicę na scenie. Stało się to przy okazji „Hamleta”, w którym Helena wcieliła się w Ofelię.
Helenka? To cudo jest – powiedziała.
Dymna była pod wrażeniem jej występu i nie kryła uznania dla młodej aktorki. Przywołała też spotkanie za kulisami „Wesela” w reżyserii Jana Klaty, kiedy Helena przyszła do niej razem z mamą.
Była to dla niej wzruszająca chwila, w której spotkały się różne pokolenia artystycznej rodziny.
Dla Anny Dymnej teatr od początku był czymś więcej niż zawodem. Urodziła się 20 lipca 1951 roku w Legnicy jako Anna Dziadyk.

Już jako dziesięciolatka zaczęła chodzić na zajęcia teatralne prowadzone przez aktora Jana Niwińskiego.
Ktoś niedawno mnie o to pytał. Ona jest moją chrzestną córeczką. Ja jestem chrzestna matka jej. Mam wyrzuty sumienia, bo rzadko mam z nią kontakt. Jak była mniejsza, to było łatwiej, ale teraz… – opowiadała.
To on dostrzegł w niej predyspozycje i zachęcił ją do zdawania do szkoły teatralnej. Po latach okazało się, że była to jedna z najważniejszych decyzji jej życia.
W 1969 roku, jeszcze jako studentka pierwszego roku krakowskiej Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej, zadebiutowała na scenie Teatru im. Juliusza Słowackiego w „Weselu” Stanisława Wyspiańskiego.
Zagrała Isię i Chochoła w inscenizacji Lidii Zamkow. Cztery lata później ukończyła studia i dołączyła do zespołu Starego Teatru w Krakowie.
Z tą sceną związała się na kolejne dekady, pracując z wybitnymi reżyserami, między innymi Andrzejem Wajdą, Konradem Swinarskim i Jerzym Jarockim.
Szeroką popularność przyniosły jej role filmowe. Widzowie pokochali ją jako Ani Pawlakównę w „Nie ma mocnych” i „Kochaj albo rzuć”.

Później przyszły kolejne pamiętne kreacje, między innymi Marysia Wilczur w „Znachorze” oraz Melania Barska w „Trędowatej”.
Potrafiła odnaleźć się zarówno w komedii, jak i w dramacie. Jej uroda i ekranowy wdzięk przyciągały uwagę, ale z biegiem lat coraz wyraźniej pokazywała, że ma znacznie więcej do zaoferowania niż role młodych, romantycznych bohaterek.
Życie prywatne aktorki nie zawsze układało się tak spokojnie, jak mogłoby się wydawać widzom.
Jej pierwszym mężem był Wiesław Dymny – artysta, poeta, scenarzysta i jedna z barwniejszych postaci krakowskiego środowiska twórczego.
Pobrali się w 1972 roku. Ich wspólne życie było intensywne, związane ze sztuką i niepozbawione trudnych chwil.
W lutym 1978 roku Wiesław Dymny zmarł. Anna została wdową w wieku zaledwie 26 lat. Ta strata na długo odcisnęła ślad w jej życiu.
Po kilku latach ponownie wyszła za mąż. Jej drugim mężem był Zbigniew Szota. W 1985 roku urodził się ich syn Michał. Małżeństwo zakończyło się rozwodem, ale macierzyństwo stało się dla aktorki jednym z najważniejszych doświadczeń.
W 1990 roku poślubiła Krzysztofa Orzechowskiego, aktora i reżysera teatralnego. Ich związek związał ją jeszcze mocniej z Krakowem, gdzie od lat rozwijała karierę i działalność społeczną.
Z czasem coraz większą część jej energii zaczęły pochłaniać sprawy, które wykraczały poza teatr i film.
W 2003 roku założyła Fundację Anny Dymnej „Mimo Wszystko”, która pomaga dorosłym osobom z niepełnosprawnością intelektualną oraz osobom ciężko chorym.
Organizacja wspiera podopiecznych w codziennym życiu, rehabilitacji i rozwijaniu talentów.
Dymna zaangażowała się także w organizację Festiwalu Zaczarowanej Piosenki, dającego szansę osobom z niepełnosprawnościami na zaprezentowanie swoich muzycznych umiejętności.
Nie zrezygnowała przy tym z pracy artystycznej. Od 2002 roku prowadzi Krakowskie Salony Poezji, a od 2003 roku jest gospodynią programu „Anna Dymna – Spotkajmy się”, w którym rozmawia z osobami doświadczonymi przez chorobę, niepełnosprawność i trudne życiowe sytuacje.
Te spotkania pokazują ją z innej strony niż filmowe role. Nie gra w nich żadnej postaci. Słucha, zadaje pytania i daje rozmówcom przestrzeń, by opowiedzieli własne historie.
Właśnie dlatego jej wyznanie o Helenie Englert ma tak osobisty charakter. Anna Dymna nie próbowała udawać, że jest idealną matką chrzestną, która zawsze znajduje czas i pozostaje w stałym kontakcie z chrześnicą.
Przyznała, że chciałaby widywać ją częściej i że odczuwa z tego powodu żal do samej siebie. Jednocześnie z dumą obserwuje jej rozwój i nie ukrywa, że podoba jej się to, co Helena robi na scenie.
Ich relacja nie przypomina codziennej, bliskiej więzi, ale nie musi oznaczać obojętności.
Zostały w niej wspomnienia z dzieciństwa, porcelanowe filiżanki przysyłane na urodziny, spotkania za kulisami i szczere uznanie dla artystycznych osiągnięć.
A kiedy Anna Dymna mówi dziś o Helenie, w jej słowach nie ma dystansu ani chłodu. Jest czułość, podziw i świadomość, że czasem chciałoby się być bliżej kogoś, kto pozostaje ważną częścią naszego życia.