Ostatnie miesiące jego życia przebiegały spokojnie — przynajmniej tak wydawało się tym, którzy widzieli go na scenie lub na zdjęciach.
Stanisław Sojka zawsze uśmiechał się, gdy wychodził przed publiczność. W jego oczach było coś jasnego, ciepłego, jakby nosił w sobie dobroć, którą chciał się dzielić.
Ale za tym uśmiechem kryły się lata walki — z chorobami, zmęczeniem, samotnością, której nikt nie widział.
Stanisław urodził się wiosną 1959 roku w małym miasteczku Żory. Jego dzieciństwo upływało wśród dźwięków — śpiewu chóru kościelnego, delikatnych akordów skrzypiec, których dotykał jak czegoś świętego.
Matka mówiła, że kiedy śpiewa, w domu robi się cieplej. I być może właśnie wtedy zrodziła się ta szczególna magia — dar, który później oczaruje tysiące ludzi.

Jego pierwsze występy były skromne — małe sceny, wąskie kręgi słuchaczy jazzu. Ale on nigdy nie dążył do sławy.
Chciał, aby muzyka brzmiała szczerze. Aby ludzie, słuchając go, czuli to, co on: smutek, czułość, spokój. Jego głos był rozpoznawalny — aksamitny, z nutką melancholii, jakby w każdej nucie ukrywał historię własnego życia.

U szczytu kariery Sojka nie zgubił siebie. Nie podążał za modą, nie zmieniał się z upływem czasu. W świecie, w którym muzyka często staje się towarem, pozostał poetą.
Jego „Tolerancja” stała się hymnem człowieczeństwa, „Cud niepamięci” — piosenką o przebaczeniu, a „Play It Again” — delikatnym przypomnieniem, że życie jest warte powtórzenia.

Ludzie słuchali go nie tylko w salach koncertowych — słuchali go w domu, kiedy bolało ich serce, kiedy pragnęli ciszy.
Jednak z biegiem lat na jego ciało zaczęły padać cienie chorób. Cukrzyca, problemy z płucami, zmęczenie, które nie znikało nawet po śnie.

Nie ukrywał tego. „Czasami po prostu nie mogę oddychać” – mówił w wywiadzie. Ale za każdym razem, gdy stawał przed mikrofonem, budziła się w nim siła. Jakby walczył z niemocą muzyką — śpiewał, żeby nie pozwolić sobie upaść.
W sierpniu 2025 roku miał wystąpić na scenie w Sopocie. Przygotowywał się jak zawsze: żartował z kolegami, sprawdzał dźwięk, wpatrywał się w morze.

Ci, którzy widzieli go tego wieczoru, mówią, że był spokojny, a nawet szczęśliwy. Ale następnego ranka już go nie było. Znaleziono go w pokoju hotelowym — cicho, bez walki, jakby po prostu zasnął. Miał 66 lat.
Wiadomość o jego śmierci wstrząsnęła Polską. Muzycy, przyjaciele, fani — wszyscy mówili o tym samym: o cieple, które po sobie pozostawił.
Jego syn powiedział krótko: „Tata był światłem”. A fani przynosili kwiaty, świeczki, a na każdej białej kartce pozostawionej przy grobie pisali fragmenty jego piosenek.

Minął miesiąc, ale cisza po nim jeszcze nie ucichła. W radiu coraz częściej słychać jego piosenki.
Ludzie zatrzymują się, nasłuchują, jakby sprawdzali, czy to naprawdę nagranie, a nie koncert na żywo. Jego głos, tak głęboki i ludzki, wciąż ogrzewa.
Być może właśnie tak prawdziwi artyści pozostają żywi — w nie starzejących się dźwiękach, w nie blaknących wspomnieniach. Stanisław Sojka szedł przez życie z wiarą, że muzyka to miłość.
I pewnie, kiedy jego dusza opuszczała ciało, gdzieś rozbrzmiewała ta sama melodia, którą śpiewał przez całe życie — o świetle, o dobroci, o nas.
Ryszard Rynkowski odwołał trasę koncertową. Szczegóły podał menedżer piosenkarza