Artur Barciś przez pewien czas mieszkał i pracował w Stanach Zjednoczonych. Pomimo dobrych zarobków musiał zmierzyć się z wieloma próbami, o których opowiedział

Artur Barciś przez lata rozśmieszał miliony Polaków. Jako Tadeusz Norek w „Miodowych latach” był sympatycznym, nieco nieporadnym technikiem, a w „Ranczu” stworzył niezapomnianą postać sprytnego Arkadiusza Czerepacha.

Widzowie kojarzą go z komedią, charakterystycznym głosem i talentem do ról, które zostają w pamięci na długo.

Mało kto jednak wie, że zanim na dobre zadomowił się w polskiej telewizji, wyjechał do Nowego Jorku i przez sześć tygodni wykonywał jedną z najcięższych prac fizycznych w swoim życiu.

W ciasnych kotłowniach nowojorskich wieżowców zrywał azbest, pracując nawet po 16 godzin dziennie. Zarobki były wysokie, ale warunki potrafiły odebrać mu siły.

Aktor wspominał, że zdarzało mu się płakać w samotności, ukrytym przed innymi pracownikami. Najbardziej brakowało mu wtedy żony, Beaty, z którą dopiero zaczynał wspólne życie.

Ta krótka wyprawa do Ameryki miała jednak przynieść im coś konkretnego: pieniądze na mieszkanie i samochód, a także możliwość spełnienia obietnicy, którą złożył ukochanej.

O tej historii Barciś opowiedział ponownie w programie Kuby Wojewódzkiego. Nie próbował przedstawiać wyjazdu jako przygody z amerykańskiego snu.

W jego wspomnieniach znacznie więcej jest zmęczenia, tęsknoty i świadomości, że musi wytrzymać, jeśli chce wrócić do Polski z pieniędzmi, które rzeczywiście zmienią sytuację młodej rodziny.

W kotłowniach było gorąco, a praca wymagała przeciskania się między rurami i usuwania starej izolacji.

Barciś został zatrudniony między innymi dlatego, że jego drobna budowa pozwalała mu dostać się w miejsca, do których inni pracownicy mieli utrudniony dostęp.

Azbest należało najpierw zwilżyć, a następnie usuwać szpachelką i pakować do worków. Choć stosowano kombinezony oraz maski ochronne, samo zajęcie pozostawało niezwykle wyczerpujące.

Aktor podkreślał, że przestrzeganie procedur bezpieczeństwa było rygorystyczne, ale fizycznego wysiłku i rozłąki z bliskimi nie dało się w ten sposób złagodzić.

„Pamiętam, jak płakałem sam w kotłowni jakiegoś drapacza chmur” — wspominał. Te słowa szczególnie zapadają w pamięć, bo wypowiada je człowiek, którego publiczność zwykle ogląda w rolach komediowych.

Na ekranie potrafił rozładować napięcie jednym gestem, a tutaj opowiadał o chwilach, w których sam nie miał przed kim udawać, że wszystko jest w porządku.

W Nowym Jorku otaczali go obcy ludzie, a myśl o Beacie była jedną z niewielu rzeczy, które dodawały mu sił.

Wiedział, że nie wyjechał na stałe. Miał wrócić po kilku tygodniach, ale zanim to nastąpiło, musiał przejść przez dni wypełnione ciężką pracą.

Najważniejsze było to, co udało mu się osiągnąć. Jak opowiadał, w Polsce każda przepracowana godzina dawała mu równowartość mniej więcej tygodnia pracy przy ówczesnych zarobkach.

Po sześciu tygodniach wrócił z kwotą, która pozwoliła mu i żonie wykupić mieszkanie komunalne odziedziczone przez Beatę po babci.

Zostało jeszcze na małego fiata, czyli popularnego wówczas fiata 126p. Dla wielu osób może to brzmieć jak skromny cel, ale dla młodego małżeństwa oznaczało ogromną zmianę.

Własne mieszkanie i samochód nie były wtedy czymś oczywistym, a Barciś nie chciał rozpoczynać wspólnego życia od samych deklaracji.

Zanim wyruszył za ocean, obiecał żonie również podróż do Hiszpanii. Wspominał, że kiedy o tym rozmawiali, nie miał jeszcze własnego samochodu.

Beata rozsądnie zapytała więc, czym pojadą. Odpowiedział, że swoim autem — choć dopiero zamierzał na nie zarobić.

Ostatecznie słowa dotrzymał. Po powrocie kupili samochód, a nim ruszyli na południe Europy.

Ta anegdota dobrze pokazuje charakter aktora: potrafił rzucić się na głęboką wodę, ale za obietnicami starał się podążać konkretnym działaniem.

Nie wszystko przychodziło łatwo, jednak nie chciał, aby jego plany pozostały tylko pięknymi słowami.

Beata Barciś, z zawodu montażystka filmowa, jest jego żoną od kilkudziesięciu lat. Poznali się w autobusie, a ich znajomość szybko nabrała tempa.

Kiedy zaczęli rozmawiać o małżeństwie, nie brakowało pytań o mieszkanie, samochód i przyszłość. Artur nie miał wtedy wielkiego majątku ani gwarancji, że aktorstwo zapewni mu stabilne życie.

To było bardzo rygorystycznie przestrzegane, żebyśmy byli w kombinezonach, mieli maski na twarzy. Natomiast to była bardzo ciężka, fizyczna praca, że tego nigdy nie zapomnę. I pamiętam, jak płakałem sam w kotłowni jakiegoś drapacza chmur – powiedział.

Miał jednak pomysł, jak zdobyć pieniądze i zapewnić rodzinie bezpieczeństwo. Beata po latach mówiła, że właśnie odpowiedzialność i zaradność męża były jednymi z cech, które szczególnie w nim ceniła.

Ich związek przetrwał kolejne etapy kariery, okresy zawodowej niepewności i trudne wydarzenia rodzinne.

Wspólną historię uzupełnia syn Franciszek, który urodził się w 1989 roku. Jako dziecko pojawił się nawet na ekranie, między innymi w filmie „Nic śmiesznego”, ale nie zdecydował się budować kariery aktorskiej na wzór ojca.

Małżeństwo Barcisiów przeżyło także momenty, które wystawiły rodzinę na próbę. W rozmowach z mediami wspominali trudne doświadczenia związane ze zdrowiem syna i lęk, jaki towarzyszył im w tamtym okresie.

Nie epatowali szczegółami, ale otwarcie przyznawali, że były to chwile, w których najważniejsze stawały się obecność najbliższych i wzajemne wsparcie.

Zatrudnili mnie tylko dlatego, że byłem malutki i potrafiłem wejść między rury w kotłowniach i zdzierać azbest. Najpierw go sikawką zmoczyć, a później zdzierać szpachelką do worków. To była strasznie ciężka praca, po 16 godzin na dobę. (…) Rury klimatyzacyjne kiedyś były otoczone azbestem, a później kazali im ten azbest zlikwidować. I trzeba było ten azbest zedrzeć.

Dziś są również dziadkami i cieszą się rodziną, którą przez lata budowali mimo zawodowych obowiązków.

Sam Barciś nie od razu był aktorem, którego rozpoznaje cała Polska. Urodził się 12 sierpnia 1956 roku w Kokawie niedaleko Częstochowy.

Ukończył Państwową Wyższą Szkołę Filmową, Telewizyjną i Teatralną w Łodzi w 1979 roku. Na scenie występował w Teatrze na Targówku, następnie w Teatrze Narodowym, a od 1984 roku jest związany z warszawskim Teatrem Ateneum.

W filmie debiutował jeszcze pod koniec lat 70., a później współpracował z takimi reżyserami jak Andrzej Wajda i Krzysztof Kieślowski.

W „Dekalogu” Kieślowskiego pojawiał się w rolach, które nie zawsze były duże, lecz pozostawały znaczące.

Zagrał też w „Znachorze”, „Człowieku z żelaza” i wielu innych produkcjach, w których pokazywał, że potrafi odnaleźć się w zupełnie różnych rejestrach aktorskich.

Każda godzina tej pracy przeliczała mi się na złotówki, a każda godzina to było mniej więcej tydzień pracy w Polsce. To była bardzo ciężka praca, w związku z czym dużo mi płacili za to. I jak przyjechałem po sześciu tygodniach, (…) to wykupiliśmy mieszkanie komunalne z żoną, które odziedziczyła po babci. I jeszcze kupiłem sobie malucha. Za sześć tygodni pracy! – oznajmił.

Ogromną popularność przyniosły mu dopiero role telewizyjne. Tadeusz Norek z „Miodowych lat” stał się jednym z ulubionych bohaterów polskich widzów.

Później przyszła rola Czerepacha w „Ranczu” — postaci sprytnej, wyrachowanej i jednocześnie komicznej.

Barciś potrafił zagrać tak, aby widz śmiał się z bohatera, nawet gdy ten podejmował działania dalekie od szlachetności.

Jego aktorstwo nigdy nie ograniczało się jednak do komedii. W dramatach i przedstawieniach teatralnych pokazywał znacznie bardziej powściągliwą, skupioną stronę swojej pracy.

Był także reżyserem teatralnym i współautorem książki „Aktor musi grać, by żyć”, w której opowiadał o zawodzie, kulisach pracy oraz własnych doświadczeniach.

Właśnie w tej książce wcześniej opisał swoją amerykańską przygodę. Nie była to dla niego jedynie opowieść o zarobionych pieniądzach.

Wspominał, że bardzo tęsknił za Beatą i starał się nie obciążać jej szczegółami tego, co przeżywał na miejscu.

W listach nie chciał pisać, jak ciężko pracuje, jak gorąco jest w kotłowni i jak trudno czasami powstrzymać łzy.

Dopiero po latach zaczął mówić o tych doświadczeniach publicznie. Być może łatwiej było mu wtedy opowiedzieć o nich z dystansem, ale emocje pozostały widoczne.

W historii Artura Barcisia najbardziej uderza kontrast między tym, jak wygląda jego życie na ekranie, a tym, przez co musiał przejść poza kamerą.

Dla widzów jest aktorem, który potrafi rozbawić nawet w najprostszej scenie. Dla Beaty był młodym mężczyzną, który obiecał, że zapewni im mieszkanie i samochód, choć sam nie miał jeszcze pewności, jak to osiągnie.

Wziął więc pracę, której nie dało się pomylić z aktorską przygodą, i przez sześć tygodni robił wszystko, by wrócić do domu z pieniędzmi. Nie było w tym hollywoodzkiego blasku. Były pot, ciężar, tęsknota i upór.

Dziś, po kilkudziesięciu latach pracy, Barciś może patrzeć na tę historię jak na jeden z najbardziej wymagających epizodów młodości.

Nie musi już zarabiać na mieszkanie, przeciskając się między rurami w nowojorskiej kotłowni, ale pamięta, co oznaczało wtedy utrzymanie rodziny i dotrzymanie danego słowa.

Ta opowieść mówi o nim więcej niż niejeden wywiad o popularnych rolach. Pokazuje, że zanim stał się jednym z najbardziej lubianych aktorów w Polsce, był po prostu młodym mężem, który chciał zacząć wspólne życie z Beatą na własnych zasadach — i był gotów naprawdę ciężko na to zapracować.

Grażyna Torbicka poruszyła temat swojego wyglądu. Dziennikarka ujawniła całą prawdę o tym, jak w wieku 67 lat nadal zachowuje swoją urodę

Kuba Wojewódzki opowiedział, kto był dla niego największym autorytetem. Jaką rolę odegrała ona w jego życiu

Hanna Lis w jednym ze swoich ostatnich wywiadów odpowiedziała na pytanie, które interesowało wszystkich. Polska dziennikarka jasno przedstawiła sprawę