Na estradzie byli jak dwa żywioły, które – zamiast się zderzać – tworzyły wspólny rytm.
Publiczność widziała w nich duet idealny: precyzyjny, błyskotliwy, bezbłędnie wyczuwający absurd codzienności.
Bohdan Smoleń i Zenon Laskowik przez lata stanowili filar kabaretu Tey. A jednak nawet najlepsze sceniczne partnerstwa mają swoje granice.
Kiedy w latach 70. w Poznaniu rodził się kabaret Tey, nikt nie przypuszczał, że stanie się on jednym z najważniejszych zjawisk satyrycznych w czasach PRL-u.
Laskowik – inteligentny, o analitycznym spojrzeniu i ostrym jak brzytwa języku.

Smoleń – mistrz groteski, z charakterystyczną mimiką i umiejętnością grania „zwykłego człowieka”. Razem stworzyli język, którym Polacy opisywali swoją codzienność.
Ich skecze – o kolejkach, urzędach, absurdach systemu – były czymś więcej niż rozrywką.
Były wentylem bezpieczeństwa. „Myśmy nie walczyli z systemem, myśmy go ośmieszali” – mówił po latach Zenon Laskowik. I właśnie w tym ośmieszaniu tkwiła ich siła.

Na scenie rozumieli się bez słów. Wystarczało jedno spojrzenie, pauza, drobny gest.
Publiczność śmiała się do łez, a oni budowali swoją legendę. Jednak poza sceną zaczęły pojawiać się różnice – nie tylko artystyczne, ale i życiowe.
Laskowik był perfekcjonistą. Dbał o konstrukcję tekstu, o rytm, o sens każdego zdania.

Smoleń z kolei częściej szedł w stronę improwizacji, energii chwili, ekspresji. Te dwa temperamenty przez lata się uzupełniały, ale z czasem zaczęły się rozmijać.
Do tego dochodziły zmęczenie materiału i realia epoki. W latach 80., po wprowadzeniu stanu wojennego, sytuacja artystów kabaretowych stała się trudniejsza.
Cenzura, napięcie polityczne, presja – to wszystko wpływało na relacje. W 1988 roku kabaret Tey zakończył działalność. To był symboliczny koniec pewnej ery.

„Każdy z nas chciał iść swoją drogą” – przyznawał Laskowik w wywiadach. Nie było jednego spektakularnego konfliktu, raczej narastające różnice wizji i potrzeb.
Smoleń zaczął rozwijać własne projekty, występował solo, później związał się z telewizją i działalnością charytatywną.
Laskowik na pewien czas całkowicie wycofał się z estrady – pracował jako listonosz, świadomie odcinając się od show-biznesu. „Musiałem odpocząć od tego świata” – tłumaczył.

Ich drogi się rozeszły, a kontakt nie był już tak intensywny jak dawniej. Media próbowały doszukiwać się sensacji, konfliktów, wielkich kłótni.
Prawda była bardziej ludzka niż dramatyczna: dwie silne osobowości, które przez lata tworzyły wspólne dzieło, w pewnym momencie przestały patrzeć w tym samym kierunku.
Z biegiem lat emocje opadły. Historia zaczęła być ważniejsza niż różnice. Kiedy wspominano kabaret Tey, zawsze wymieniano ich razem – jakby jedno nazwisko automatycznie przywoływało drugie.

Bohdan Smoleń zmarł w 2016 roku. Jego odejście było symbolicznym zamknięciem rozdziału polskiej satyry.
Laskowik wspominał go z uznaniem, podkreślając jego talent i sceniczną intuicję. Bo choć współpraca się skończyła, wspólne lata pozostały fundamentem ich artystycznej tożsamości.
Ich historia to opowieść o przyjaźni i partnerstwie, które rodzi się z talentu, ale musi zmierzyć się z ambicjami, zmęczeniem i zmieniającym się światem. O tym, że nawet idealny duet nie jest konstrukcją wieczną.

A jednak – gdy dziś wracamy do archiwalnych nagrań – widać jedno: na scenie byli jednością. I w tej scenicznej jedności zapisali się na stałe w historii polskiej kultury.