Przez lata siedziały obok siebie przy jednym stole i niemal co tydzień oglądały występy kolejnych uczestników „Tańca z gwiazdami”.
Beata Tyszkiewicz była elegancją, ironią i charakterystycznym poczuciem humoru, Iwona Pavlović — precyzją, wymaganiem i bezpośrednimi ocenami.
Raz potrafiły się ze sobą nie zgodzić, innym razem żartowały, a ich wymiany zdań były częścią widowiska równie ważną jak sam taniec. Dziś trudno uwierzyć, jak bardzo zmieniła się ich codzienność.
Tyszkiewicz od lat nie pojawia się publicznie, a Pavlović przyznała właśnie, że nie dzwoni do dawnej koleżanki i nie próbuje na siłę utrzymywać kontaktu.
Nie dlatego, że się pokłóciły. Powód jest znacznie prostszy. W najnowszym wywiadzie Iwona Pavlović powiedziała wprost, że nie uważa się za przyjaciółkę Beaty Tyszkiewicz.

Określiła ich relację raczej jako znajomość z pracy. Jednocześnie nie ukrywała sympatii do aktorki.
Jak wyjaśniła, Tyszkiewicz sama zdecydowała, że chce odsunąć się od świata mediów, dlatego Pavlović nie chce tej decyzji naruszać.
Ich kontakt jest dziś sporadyczny — czasem pojawia się wiadomość, czasem życzenia urodzinowe. Pavlović mówiła nawet o kontakcie „w sercu”.
„Cały czas mam z nią kontakt bardziej w sercu i taki SMS-owy, urodzinowy, zawsze sobie składamy życzenia i za nie dziękujemy. Ale nie rozmawiam z Beatką, nie dzwonię i jej nie nagabuję” – powiedziała na wstępie jurorka.
I właśnie tutaj łatwo o nieporozumienie. Nagłówek o dwóch jurorkach, które „już ze sobą nie rozmawiają”, może sugerować konflikt albo wieloletnią urazę.
Z wypowiedzi Pavlović wynika coś innego. Nie ma wojny, nie ma wielkiego zerwania znajomości, nie ma też historii o tym, że jedna z nich odwróciła się od drugiej.

Jest decyzja starszej aktorki, by żyć spokojniej, bez kamer i telefonów od ludzi ze świata show-biznesu. Pavlović po prostu tę granicę respektuje.
Ich wspólna historia zaczęła się w 2005 roku, kiedy polska wersja „Tańca z gwiazdami” pojawiła się na antenie.
Beata Tyszkiewicz była w programie od samego początku, a Iwona Pavlović również znalazła się w pierwszym składzie jury.
Przez kolejne lata skład sędziowski się zmieniał, program przeniósł się z TVN do Polsatu, pojawiali się nowi jurorzy i nowe gwiazdy, ale te dwie kobiety przez długi czas pozostawały obok siebie.
„Nie czuję się jej przyjaciółką, bardziej znajomą z pracy. A poza tym Beatka tego [kontaktu – red.] nie chce i ja to szanuję. Nie dlatego, że mnie nie lubi – wiem, że mnie lubi, ogląda, wspiera. Czasem coś miłego mi napisze” – podkreśliła.
Tyszkiewicz zasiadała w jury w 12 edycjach TVN i kolejnych siedmiu w Polsacie — razem daje to 19 edycji.
Nie były więc wyłącznie telewizyjnymi koleżankami, które spotykały się kilka razy w roku. Przez lata spędzały razem wiele godzin na planie.
Widzowie znali już ich sposób reagowania na występy. Pavlović potrafiła bez wahania wystawić bardzo niską ocenę, Tyszkiewicz często patrzyła na taniec z zupełnie innej perspektywy.

I choć różniły się charakterami, właśnie ten kontrast sprawiał, że ich obecność przy jurorskim stole miała swój rytm.
Pavlović po latach przyznawała, że brakuje jej nawet ich drobnych sprzeczek.
W 2023 roku, z okazji 85. urodzin Tyszkiewicz, mówiła o niej z ogromnym ciepłem i wspominała, że była pełna radości życia, miała znakomite poczucie humoru i potrafiła rozładować atmosferę w całej ekipie.
To zupełnie nie pasuje do obrazu dwóch kobiet, które miałyby po latach żywić do siebie niechęć.
Dlaczego więc dzisiaj jest tak cicho? Odpowiedź kryje się w życiu Beaty Tyszkiewicz. W 2017 roku aktorka przeszła rozległy zawał serca.
Niedługo później zdecydowała się zakończyć udział w „Tańcu z gwiazdami” i praktycznie całkowicie wycofała się z życia publicznego.

Zrezygnowała z zawodowej aktywności, ograniczyła kontakty medialne i zaczęła prowadzić życie znacznie bardziej prywatne.
Jej córka Karolina Wajda wielokrotnie podkreślała, że była to świadoma decyzja mamy, której konsekwentnie się trzyma.
Dziś Tyszkiewicz mieszka w Warszawie i pozostaje przede wszystkim w gronie najbliższych.
W 2025 roku Karolina mówiła, że mama jest dostępna dla wąskiego grona osób, a jej córki pomagają jej w codziennym życiu.
Aktorka nie chce już wracać do dawnego tempa ani do życia, w którym praktycznie każdy jej krok mógł zostać zauważony przez media.
To bardzo różny obraz od tego, który widzowie pamiętają z czasów największej popularności „Tańca z gwiazdami”.
Beata Tyszkiewicz przez dekady była przecież jedną z najbardziej rozpoznawalnych kobiet polskiego kina.
Pojawiała się w filmach największych reżyserów, pracowała z twórcami, których nazwiska weszły do historii polskiej kultury, a jej charakterystyczna elegancja sprawiła, że nazywano ją damą polskiego kina.

Na ekranie debiutowała jeszcze jako młoda kobieta, a przez następne dziesięciolecia stworzyła dziesiątki ról.
„Popioły”, „Lalka”, „Nocne i dnie”, „Wszystko na sprzedaż”, „Vabank” — to tylko część tytułów, z którymi jest kojarzona.
Jej styl był bardzo charakterystyczny. Potrafiła być chłodna i dystyngowana, ale jednocześnie miała w sobie ogromny dystans do siebie. Nie potrzebowała podnosić głosu, żeby przyciągnąć uwagę.
Życie prywatne Tyszkiewicz także było pełne ważnych historii. Jej pierwszym mężem był reżyser Andrzej Wajda. Para pobrała się w 1967 roku, a rok później ich małżeństwo się zakończyło.
Mieli córkę Karolinę. Później aktorka wyszła za architekta Witolda Orzechowskiego, a jej drugim dzieckiem jest Wiktoria Padlewska.
Karolina i Wiktoria przez lata zostały najważniejszymi osobami w jej prywatnym świecie. To właśnie córki znajdują się dzisiaj najbliżej niej, a Karolina aktywnie uczestniczy w codziennym życiu mamy.
Z dala od czerwonych dywanów Tyszkiewicz jest więc przede wszystkim matką i babcią, a nie dawną gwiazdą telewizji.
Po drugiej stronie tej historii stoi Iwona Pavlović. Kobieta, która nadal pracuje przy „Tańcu z gwiazdami”, choć program zmienił się niemal całkowicie od czasu pierwszych edycji.
Została jedyną jurorką obecną od początku, a jej charakterystyczne czarne stroje, proste komentarze i słynne oceny uczyniły z niej jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci tanecznego show.
Jej życie również dalekie jest od obrazu, jaki widzowie oglądają w telewizji. Prywatnie Pavlović od lat jest związana z Wojciechem Oświęcimskim, przedsiębiorcą, który jest również jej menedżerem.
Poznali się przez znajomych, a ich związek z czasem przerodził się w małżeństwo.
W 2025 roku obchodzili 15. rocznicę ślubu, a sama tancerka podkreślała, że prywatnie jest znacznie spokojniejszą osobą, niż sugeruje jej telewizyjny wizerunek „Czarnej Mamby”.
Pavlović nie ma własnych biologicznych dzieci, ale przez lata była obecna w życiu trzech synów męża z poprzedniego związku.
Sama mówiła w 2026 roku, że od początku jasno określiła swoją rolę. Nie chciała zastępować chłopcom ich mamy, ale chciała być dla nich kimś bliskim, przyjaciółką i opiekunką.
Dzisiaj relacje z pasierbami określa jako ciepłe i serdeczne. Jest więc w tej historii pewna przewrotność.
Dwie kobiety, które przez kilkanaście lat siedziały obok siebie i komentowały cudze związki, sukcesy, porażki oraz emocje, same prowadzą bardzo różne życie.
Jedna wybrała ciszę, druga wciąż żyje rytmem telewizji. Jedna niemal zniknęła z mediów, druga pozostaje przy jurorskim stole już ponad dwie dekady.
A jednak ich drogi nie rozeszły się w atmosferze konfliktu. Pavlović nie mówi o Tyszkiewicz z żalem czy pretensją.
Przeciwnie — mówi, że ją lubi, że aktorka ogląda program i wspiera ją, a od czasu do czasu napisze coś miłego.
Problemem nie jest więc brak sympatii. Problemem jest po prostu odległość, którą Tyszkiewicz sama postanowiła stworzyć wokół siebie.
Może właśnie dlatego dzisiejsza relacja obu kobiet jest tak inna od tej sprzed kilkunastu lat. Przy jurorskim stole wszystko było publiczne.
Każda mina, gest i słowo mogły zostać pokazane milionom widzów. Po programie zostało coś znacznie bardziej prywatnego — pamięć o wspólnej pracy, okazjonalne życzenia i świadomość, że pewnych granic po prostu nie należy przekraczać.
Iwona Pavlović powiedziała wprost: Beata Tyszkiewicz wybrała życie z dala od tego świata, a ona ten wybór szanuje.
Nie brzmi to jak historia o dwóch dawnych przyjaciółkach, które nagle przestały się lubić. Bardziej jak opowieść o dwóch kobietach, które kiedyś dzieliły tę samą przestrzeń, a później każda poszła w swoją stronę.
Jedna nadal siedzi pod światłami studia i podnosi tabliczki z ocenami. Druga ogląda „Taniec z gwiazdami” z własnego domu. Czasem napiszą do siebie kilka słów.
I może właśnie tyle wystarczy, kiedy wspólna historia trwała 19 edycji programu, a nie kończy się wraz z zejściem z telewizyjnej sceny.