Teraz z całą pewnością możemy powiedzieć, że stała się sławna i nikt nie podważy jej statusu primadonny sceny.
Jednak długo przedtem, kiedy dopiero zaczynała swoją karierę jako aktorka, czekało ją wiele trudności i niechęć. Być może gdyby nie wiara w siebie, nie stałaby się tym, co jest dzisiaj.
Beata Tyszkiewicz od samego początku swojej kariery scenicznej nie podporządkowywała się zasadom wyznaczonym przez społeczeństwo i środowisko aktorskie.
Wręcz przeciwnie, występowała w roli buntowniczki, co prawdopodobnie dało jej impuls do tego, aby stać się taką, jaką widzimy dzisiaj.
W dzieciństwie wcale nie marzyła o scenie. Dorastała w środowisku, w którym ceniono tradycje, wychowanie i zasady rodzinne.

„Wtedy nie wiedziałam, co moim powołaniem będzie kino. Marzyłam o spokojnym życiu” – wspominała aktorka w jednym z wywiadów.
Ale los zawsze znajduje drogę dla tych, którzy mają w sobie iskrę.
Pierwsze kroki Beaty w kinie nie były łatwe. Nie miała za sobą klasycznej szkoły aktorskiej, ale miała to, czego nie nauczy żadna uczelnia – naturalną charyzmę, arystokratyczną postawę i rzadką umiejętność mówienia oczami.
Jej obecność na ekranie miała taką siłę, że nawet niewielkie role stawały się niezapomniane. „Ona nie grała, ona po prostu była – i tym urzekała” – mówili o niej koledzy.
Prawdziwe uznanie przyszło wraz z filmami, które weszły do złotego funduszu polskiej kultury. Niektórzy pamiętają jej rolę w filmie „Faraon”, gdzie miała uosobieniem wielkości i tajemnicy.

Inni pamiętają „Lalkę” na podstawie powieści Bolesława Prusa, gdzie jej postać stała się symbolem kobiecego uroku i jednocześnie niedostępności. „Zawsze chciałam, aby bohaterka miała serce, nawet jeśli na pierwszy rzut oka jest ono ukryte” – mówiła Beata.
Jej kariera filmowa rozwijała się tak, że każdy film stawał się osobną historią o życiu kobiety w różnych jej przejawach – od młodej, marzycielskiej, po dojrzałą i mądrą.
W latach 60. i 70. miała już co nazywać „pierwszą damą polskiego kina”. A jej uroda i szlachetność uczyniły ją symbolem epoki.
Jednak za zewnętrzną lekkością kryła się ogromna praca. Próby, zdjęcia, długie godziny na planie – wszystko to wymagało nie tylko talentu, ale i dyscypliny.
„Wiedziałam, że jeśli chcę zostawić po sobie ślad, muszę oddać się całkowicie” – mówiła aktorka. I rzeczywiście – jej role pozostawiły ślad nie tylko w historii kina, ale także w sercach widzów.
Jej wybitny talent zawsze łączył się z człowieczeństwem. Nie była odległą i zimną idolką, wręcz przeciwnie – zawsze pozostawała bliska ludziom.

Beata lubiła opowiadać, jak podczas kręcenia zwykli ludzie podchodzili do niej, aby podziękować za emocje, które im dawała. „To najlepsza nagroda – wiedzieć, że twoja praca ma sens” – uśmiechała się.
I nawet dzisiaj, kiedy wspominamy jej twórczość, zawsze pojawia się ciepło i szacunek. Bo Beata Tyszkiewicz to nie tylko filmy, to symbol tego, że talent i serce mogą podnieść człowieka ponad wszelkie trudności.
Pokazała, że prawdziwa aktorka to nie tylko zawód, to powołanie, które towarzyszy przez całe życie.