Natalia Szroeder od początku swojej obecności na scenie uczyła się jednej rzeczy: że muzyka może być głośna, ale życie prywatne nie musi.
Dorastała w miejscu, gdzie dźwięki miały znaczenie większe niż słowa, na Kaszubach, w domu, w którym śpiew i tradycja były codziennością, a nie strategią na karierę.
Jej ojciec, muzyk ludowy, zaszczepił w niej szacunek do pracy i do ciszy między nutami. To właśnie z tej ciszy, jak sama po latach przyznawała, brała się jej wrażliwość.
Na scenę weszła bardzo wcześnie. Była dziewczyną o jasnym głosie i spojrzeniu, w którym nie było wyrachowania.
Publiczność zobaczyła ją najpierw jako młodą artystkę, która potrafiła wzruszyć prostotą, a potem jako kobietę konsekwentnie budującą własny język muzyczny.

Kolejne płyty nie były próbą przypodobania się rynkowi, lecz zapisem jej dojrzewania. „Nie chciałam śpiewać o czymś, czego nie czuję” – mówiła w jednym z wywiadów – „jeśli mam wyjść na scenę, to tylko z prawdą”.
Ta prawda dotyczyła również życia poza światłem reflektorów. Natalia Szroeder przez lata bardzo pilnowała granicy między tym, co zawodowe, a tym, co osobiste.

Nie opowiadała o związkach, nie komentowała plotek, nie karmiła mediów prywatnymi historiami.
Wiedziała, jak łatwo w show-biznesie zgubić siebie, gdy wszystko staje się treścią. „Są rzeczy, które muszą zostać tylko moje” – podkreślała – „inaczej przestają być prawdziwe”.

Dlatego informacja o jej małżeństwie była dla wielu zaskoczeniem. Bez wielkich zapowiedzi, bez zdjęć z okładek, bez medialnego szumu.
Dopiero z czasem zdecydowała się powiedzieć kilka zdań, spokojnie i bez sensacji.
Opowiadała o partnerstwie, o relacji opartej na zrozumieniu i podobnej wrażliwości, o tym, że miłość nie musi być wystawiana na widok publiczny, by była silna. „Najważniejsze dzieje się wtedy, gdy gasną światła” – przyznała – „i nikt nie patrzy”.

Jej mąż również pochodzi ze świata muzyki, ale oboje od początku zgodzili się, że wspólne życie nie stanie się projektem artystycznym ani medialnym.
Natalia nie ukrywała, że to dla niej nowy etap, pełen spokoju i równowagi, których wcześniej często jej brakowało. Macierzyństwo, dom, codzienność – o tym mówi oszczędnie, jakby każde słowo miało wagę. Nie dlatego, że się boi, ale dlatego, że chroni.
Dziś Natalia Szroeder jest artystką dojrzałą, świadomą swojej drogi i ceny, jaką się za nią płaci.

Na scenie coraz częściej pojawia się z repertuarem, który jest bardziej intymny, mniej efektowny, za to głębiej poruszający.
Jej głos nabrał ciepła, a teksty – doświadczenia. Patrząc na nią, ma się wrażenie, że wreszcie jest dokładnie tam, gdzie chciała być: w muzyce, która ją opisuje, i w życiu, które należy tylko do niej.