Alina Janowska i Wojciech Zabłocki poznali się dzięki filmowi — temu jednemu, który na zawsze odmienił ich losy.
Gdy na planie „Zakazanych piosenek” pojawiła się młoda, charyzmatyczna aktorka, jeszcze niewinna i pełna siły po przeżyciach wojennych, nikt nie przypuszczał, że to właśnie tam zacznie się historia miłości przypominająca bajkę.
Wojciech Zabłocki, mistrz szermierki, architekt i człowiek o szerokich horyzontach, pojawił się w jej życiu nie jako filmowy partner, ale jako ktoś, kto natychmiast dostrzegł w niej niezwykłą energię — tę samą, która pchała ją przez całe życie do działania, tworzenia i pomagania innym.
Alina była kobietą, którą los wystawił na ogromną próbę jeszcze zanim skończyła dwadzieścia lat.
W czasie wojny należała do Armii Krajowej, walczyła w Powstaniu Warszawskim, a po upadku powstania trafiła do obozu w Niemczech.

Jej młodość nie była beztroską opowieścią, lecz ciężką, dramatyczną drogą pełną bólu i utraty.
A jednak to właśnie te doświadczenia sprawiły, że kiedy stanęła na planie pierwszego filmu powojennego, jej spojrzenie od razu przykuwało uwagę — było głębokie, pełne prawdy, doświadczenia i ogromnej empatii.

Wojciech pochodził z zupełnie innego świata, ale jakby stworzonego z tej samej materii siły i odwagi. Był sportowcem, szermierzem, multimedalistą olimpijskim, a później również cenionym architektem.
Miał w sobie imponującą dyscyplinę, ale też romantyczną nutę — tę, która pozwoliła mu dostrzec w Alinie nie tylko aktorkę, lecz kobietę, z którą chciał dzielić codzienność.

Gdy ich drogi splotły się na dobre, oboje wiedzieli, że trafili na swoją drugą połówkę.
Ich małżeństwo było jak opowieść tkaną z dwóch bardzo różnych, ale idealnie pasujących nici. Ona — żywiołowa, pełna energii, zawsze gotowa pomóc, wrażliwa na świat i ludzi.

On — spokojny, rozważny, zakochany w sztuce niemal tak samo jak w niej. Razem stworzyli dom, który przez lata był miejscem, w którym sztuka, sport, rozmowy i przyjaźnie splatały się ze sobą naturalnie.

Wojciech dał Alinie coś, czego brakowało jej po wojennych traumach — poczucie bezpieczeństwa i stabilności. Ona natomiast wniosła w jego świat ciepło, śmiech i tę nieuchwytną iskrę, która sprawiała, że każdy dzień nabierał barw.

Mieli troje dzieci, a ich dom był przestrzenią pełną twórczości: Alina pracowała w teatrze, filmie i telewizji,
angażowała się społecznie, zaś Wojciech projektował, trenował, pisał.
Nie brakowało trudnych chwil. Oboje mieli kariery wymagające czasu i energii, a ich życie nigdy nie było wolne od napięć i pośpiechu.

Jednak zawsze znajdowali drogę do siebie — czasem przez wspólne spacery, innym razem przez długie rozmowy rozciągające się do późnych godzin nocnych.

Gdy lata zaczęły mijać, ich historia dojrzewała razem z nimi. Miłość, która zaczęła się jak bajka, z czasem przybrała formę cichego, wiernego towarzyszenia sobie w codzienności.

Kiedy zdrowie Aliny zaczęło się pogarszać, Wojciech był przy niej każdego dnia, z tą samą czułością, którą nosił w sobie od pierwszego spojrzenia.

Ich ostatnie wspólne lata były pełne troski, ale też wdzięczności — za to, że dane im było przeżyć razem niemal całe życie.

Alina Janowska odeszła w 2017 roku. Niedługo później, jakby nie potrafił bez niej żyć, zmarł również Wojciech. Ich historia, choć zakończona, wciąż wybrzmiewa w sercach tych, którzy znali ich osobiście lub podziwiali z daleka.

To opowieść o miłości zrodzonej z jednego filmu, ale umocnionej tysiącem wspólnych dni — o uczuciu, które dojrzało do tego, by stać się nie legendą, lecz prawdą o dwóch ludziach, którzy odnaleźli siebie w czasach pełnych chaosu.
Ich bajka była prawdziwa. I właśnie dlatego trwa.
