Ona była jedną z najbardziej rozpoznawalnych twarzy Telewizji Polskiej, on – gwiazdą polskiej estrady, ulubieńcem publiczności, którego aksamitny głos przez dekady rozbrzmiewał w radiu i salach koncertowych.
Edyta Wojtczak i Jerzy Połomski nie stworzyli klasycznej historii miłosnej, takiej, którą układa się w oczywisty sposób: od spojrzenia, przez deklarację, aż po wspólne życie.
A jednak coś ich łączyło – coś, co z biegiem lat stało się jednym z najbardziej intrygujących wątków w historii polskiego show-biznesu.
Ich drogi skrzyżowały się w czasach, gdy oboje byli u szczytu popularności. Edyta, elegancka i nienaganna spikerka TVP, miała w sobie spokój i klasę, które sprawiały, że widzowie wręcz ufali każdemu jej słowu.
Jerzy – skromny, uporządkowany i nieco wycofany – był przeciwieństwem gwiazdora w hollywoodzkim stylu. Nie potrzebował skandali, by wywoływać emocje.

Wystarczało, że śpiewał „Bo z dziewczynami…” albo „Nie wierz mi, nie ufaj mi” – a publiczność już była jego.
Pojawili się obok siebie najpierw zawodowo. Edyta bywała gospodynią programów, w których występował Połomski, zapowiadała jego występy, prowadziła z nim rozmowy, a ich współpraca przed kamerami szybko przerodziła się w bliską relację.

Widać było, że doskonale się rozumieją – jakby jedno wyczuwało drugie bez słów. W tamtych czasach, gdy prasa była mniej ingerująca, ale za to ludzie – bardziej spostrzegawczy – szybko zaczęły krążyć plotki o rzekomym romansie.
Jednak ich więź była bardziej skomplikowana, subtelniejsza, głębsza. Nie tworzyli pary w tradycyjnym sensie. Nie było wspólnego mieszkania, nie było głośnych deklaracji ani zdjęć z wakacji.

A jednak Edyta zajmowała w jego życiu miejsce wyjątkowe. Dla Połomskiego, który przez całe życie pozostał kawalerem i bardzo chronił swoją prywatność, Wojtczak była kimś więcej niż koleżanką z telewizji.
Była osobą, której ufał. Osobą, przy której czuł się bezpiecznie. Osobą, która towarzyszyła mu wtedy, gdy reflektory gasły, a życie artysty stawało się ciche i wymagające.
W latach późniejszych, gdy Połomski stopniowo wycofywał się z estrady, ich relacja przeszła w jeszcze bardziej intymny, choć wciąż nie romansowy wymiar.

Edyta była przy nim w codzienności – w chorobie, w samotności, w momentach, gdy zdrowie już nie pozwalało na koncerty czy aktywne życie.
To ona wspierała go w ostatnich latach, pomagała mu, gdy stracił częściowo słuch, odwiedzała go, czuwała. Ich więź przetrwała dłużej niż wiele oficjalnych związków w świecie artystycznym.

Kiedy Jerzy Połomski odszedł w 2021 roku, Edyta Wojtczak pojawiła się w jego nekrologu jako jedna z najbliższych mu osób.
To był symbol – dowód, że ich relacja była czymś prawdziwym i znaczącym. Coś, co nie potrzebowało definicji.
Nie była to miłość w konwencjonalnym rozumieniu. Nie była to też zwykła przyjaźń. To było spotkanie dwóch samotnych wrażliwości w świecie pełnym blasku, a zarazem pełnym pustych przestrzeni.

Dwoje ludzi, którzy przez lata byli sobie bezgranicznie życzliwi, bezinteresowni, obecni.
W świecie, w którym wszystko podlega interpretacjom i etykietom, ich historia pozostała cicha, delikatna i tylko ich – bez zaleceń, bez deklaracji, bez finału rodem z melodramatu.
Może dlatego do dziś budzi emocje. Bo przypomina, że nie wszystkie relacje da się zamknąć w słowie „miłość”, ale nie oznacza to, że są przez to mniej prawdziwe.

Edyta Wojtczak i Jerzy Połomski połączyli swoje życia nie formalnie, lecz emocjonalnie – jakby odnaleźli w sobie coś, co trudno znaleźć w świecie: obecność, lojalność i ciche zrozumienie, które trwa aż po ostatnią stronę ich historii.
Za kulisami sukcesu Małgorzaty Rożniatowskiej. Aktorka chciała zrezygnować z zawodu